Rekrutacja od strony seniora. Czy rzeczywiście łatwo znaleźć pracę?

Mieliście kiedyś tak, że pomimo wolnego czasu byliście potwornie zmęczeni? Piękna pogoda na zewnątrz, a Wy nie możecie odpocząć, bo zawsze coś trzeba zrobić. Czy to aktywne wakacje? Nie, to po prostu bezrobocie. Jestem bezrobotny po raz pierwszy w swoim życiu, dlatego postanowiłem spisać swoje przygody w poszukiwaniu pracy (info dla rekruterów – Paweł już znalazł pracę – przyp.red.).

Paweł Ochota. Senior React Developer w Startup Development House. Doświadczony Front-End Developer z 8-letnim stażem. Programista ze świadomego wyboru, dla którego praca to przede wszystkim pasja. Związany z JavaScriptem od samego początku rewolucji, którą przyniósł HTML5. Uwielbia dzielić się wiedzą o front-endzie na blogu, a także jako mentor w szkole programowania Future Collars.


Byłem już raz bez pracy, gdy szukałem pierwszej w życiu pracy – i to był dla mnie dziwny okres. Przechodziło się z jednego stanu w drugi i od tamtej pory myślałem, że podobna sytuacja pojawi się, dopiero gdy przyjdzie czas na emeryturę (jasne). Aż tu nagle, świadomie i zupełnie dobrowolnie, sam zmieniłem ten stan znacznie wcześniej. Jak to się stało?

Pojawiło się w moim życiu kilka nieprzewidywanych zdarzeń jak np. zły stan zdrowia rodziców i to też się na mnie mocno odbiło. Dołóżmy do tego regularną pracę, załatwianie spraw mieszkaniowych oraz tych związanych z weselem i zaczyna się robić dość wyczerpująco. A żeby nie zwariować, trzeba osłodzić sobie życie jakąś rozrywką w ciągu tygodnia, a ta niekoniecznie musi być świecącym ekranem laptopa. To tylko gwoli błyskawicznego rozgrzeszenia, zanim przejdę do właściwego tematu.

Nowa praca okazała się porażką

Cieszyłem się w końcówce poprzedniego roku, że nowy zaczyna się od dużej zmiany w życiu, czyli zmiany pracy. Takie wydarzenia zawsze motywowały mnie do większego zaangażowania i często pociągały za sobą inne, pozytywne doświadczenia. Zachęcony wizją nowego projektu i tym, że będę miał okazję wymienić doświadczenia z Reactem w międzynarodowym zespole z innymi programistami, mocno mnie podbudowały. Zanim w ogóle zacząłem tą nową pracę, postanowiłem odetchnąć trochę od kompa i spędzić tydzień z rodzinką, olewając newsy technologiczne, od których tak bardzo jestem uzależniony. I to był piękny okres… do czasu.

W połowie tygodnia postanowiłem podpiąć skrzynkę mailową do nowej pracy, ponieważ dysponowałem danymi trochę wcześniej. Ciekawość zwyciężyła i spodziewałem się zobaczyć inne maile dotyczące pozostałych kont niezbędnych do pracy. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że pierwszy mail, który tam zobaczyłem, dotyczył delegacji do Berlina. I to już pierwszego dnia pracy. Zastanawiałem się, co by się stało gdybym nie skonfigurował tej skrzynki i nie odczytał tej wiadomości. Początkiem tygodnia przyszedłbym prawilnie do biura poznać wszystkich i zonk! Przecież miałem być w Berlinie! To rozsynchronizowało mój pogodny nastrój tego pięknego, wolnego tygodnia. A był to dopiero początek problemów.

W drodze do Berlina poznałem dwóch fantastycznych specjalistów, z których jeden był back-endowcem, a drugi devopsem. Spędziliśmy w samochodzie około 6 godzin, po których byłem niesamowicie zmieszany tym, czego dowiedziałem się o projekcie. „React? Jaki React, przecież tam są handlebarsy!” Jeszcze wtedy myślałem, że żartują, ale następnego dnia, gdy odwiedziłem biuro, zderzyłem się z rzeczywistością. Projekt okazał się zwykłą aplikacją na Express’ie z templakami na handlebarsach, a jeszcze jakiś śmieszek dorzucił tam TypeScripta, żeby było chociaż trochę nowocześnie.

Z tego co zdążyłem się zorientować, back-end był pisany „po bożemu” i pod względem technologii nikt nie narzekał. Podobnie miała się kwestia zabawek devopsów, wszystko było na wysokim poziomie. Tylko ten front-end, potraktowany jak najgorszy sort, jak generator to wypluwania nowych formatek i jeszcze chcieli mieć to dopracowane pod IE8…

Pierwsza noc w hotelu była koszmarem, jak i cały miniony dzień. Nikt nie wprowadził mnie w ten projekt . Myślałem już tylko o powrocie, a miałem tam spędzić jeszcze trzy noce. Nazajutrz, wreszcie był onboarding trwający nie więcej niż 20 minut, po czym szukałem twarzy, która mogłaby pomóc mi odnaleźć się. W ten sposób znalazłem wspaniałych chłopaków z innej firmy zewnętrznej, którzy nieco oświecili mnie, co do decyzji projektowych. Najgorsze było to, że nikt nie widział możliwości zmiany i nikt tak naprawdę nie rozumiał, dlaczego wybrano taki, a nie inny stack. Najśmieszniejsze było to, że firma, która wysłała mnie na tę delegację, też nie miała pojęcia o tym stacku.

Przejdźmy więc do małego podsumowania. To co usłyszałem na rozmowie kwalifikacyjnej, pokryło się z rzeczywistością może w 10%. Potraktowano mnie jak bydło wrzucone do losowego pociągu z hasłem: Jedź do celu, znajdź kawałek polanki i muuuucz! Pierwszy raz spotkałem się z czymś takim i postanowiłem, że nie będę się na coś takiego zgadzał. Rzuciłem papierami i mam teraz ciekawy wpis w CV, o który pytają wszyscy rekruterzy. Ta historia spowodowała, że zacząłem być bardziej ostrożnym przy wyborze następnej pracy.

Niekończące się rekrutacje

Praktycznie od połowy marca jestem w niekończącym się ciągu rozmów rekrutacyjnych. Moim kryterium numer jeden jest możliwość pracy zdalnej, a drugim stack oparty o Reacta (chociaż chętnie bym się takiego Vue.js nauczył). Może to wygórowane kryteria, może jestem zbyt wybredny, a może mam po prostu pecha do firm, bo nie jestem w stanie znaleźć takiej, która po prostu nie rozczarowałaby mnie! I mam tu na myśli głównie proces rekrutacyjny.

Panie, zrób Pan projekt!

Zaczęło się od takiej jednej, nazywanej przez światłych ludzi – turkusowej organizacji. Firma wręcz asynchroniczna, wszyscy pracują zdalnie i jest super. Nie powiem, ta idea bardzo mi się spodobała i od razu się do niej odezwałem. Pierwsza rozmowa była bardzo przyjemna, głównie o samej firmie, trochę o moim doświadczeniu i na koniec kilka zdań po angielsku. Wydaje się, że to taki standard obecnie. Drugi etap to już grubsza sprawa – projekt dwutygodniowy. Do zrobienia cały front pewnej aplikacji SPA.

Celowo nie piszę szczegółów, żeby się ktoś nie obraził. Chodzi głównie o przekaz, więc może być nieco abstrakcyjnie.

Miałem z tym projektem trochę problemów, bo jeszcze byłem na wypowiedzeniu, więc kodziłem po godzinach. Na dodatek w trakcie złapało mnie przeziębienie i wysłałem tyle, co miałem, za bardzo nie wierząc w pozytywny rezultat. Dostałem odpowiedź, że rozumieją sytuacje i dają mi jeszcze jeden tydzień na dokończenie całości. Prawdę mówiąc, chyba wolałem, żeby mnie odrzucili, bo wizja zmęczenia po kolejnym takim tygodniu była nie do zniesienia.

Postanowiłem jednak nie poddawać się. Ostatniego dnia zdałem sobie sprawę, że braknie mi jednej funkcjonalności, po prostu nie wyrabiam ze zmęczenia i nie dokończę tego. Miałem jednak super projekt, z fajną architekturą, RWD i ze wszystkimi nowymi bajerami, które trafiły do Reacta. I wiecie co? Odpisali mi, że nie sprawdzają niedokończonych projektów… Przypomniało mi to jedną rekrutację z przeszłości, dla Londynu.

A była to firma zajmująca się nieruchomościami, tak z grubsza. Taki pozytywny startup, gdzie wszyscy są fajni i nic nie może się nie udać. Podobna historia. Zakodzenie projektu przez tydzień i na koniec odbicie się dość mocno od muru. Tym razem jednak sprawdzili, ale okazało się, że oni jednak nie chcą programistów z Polski, że przeszacowali budżet i że dziękują, i do widzenia. A czasu nie zwróci mi już nikt.

A może by tak praca za granicą?

Po tych dwóch historiach przyrzekłem sobie, że nigdy więcej nie będę bawił się w takie długie projekty rekrutacyjne. No, chyba że firma zapłaci za poświęcony czas. Postanowiłem więc spróbować rekrutacji za granicą. Przecież można pracować zdalnie dla całego świata, nawet nie bałem się angielskiego. Po pewnym czasie odezwała się do mnie firma z USA, że mają projekcik w Europie i idealnie byłoby mieć kandydata właśnie z tego kontynentu. I ponownie rozmowa o firmie, o doświadczeniach itp.. Dostałem się do drugiego etapu, który był już godzinnym kodzeniem w obecności pracownika firmy na Skype.

Musiałem share’ować ekran i napisać od zera prostą aplikację w React. Było to niesamowicie stresujące, ale mogłem wykorzystywać swoje lokalne snippety, więc poszło całkiem fajnie. Feedback był taki, że przeszedłem i miało dojść do rozmowy z klientem, który wybrał jednak kogoś tańszego. No cóż, znowu nic.

Potem pojawiła się firma z Hiszpanii. I ponownie projekt. Zrób nie tylko front, ale także back-end na Ruby on Rails (a oferta dotyczyła tylko frontu). Napisz jeszcze, dlaczego takie decyzje podjąłeś, napisz ogólnie jeszcze coś o architekturze i jakie inne podejścia mógłbyś zastosować. Masz na to 3 dni. Phi, zapomnijcie. Nawet im nie odpisałem.

Dostałem jeszcze ofertę z Los Angeles, czyli ponownie USA. Znany portal skupiający miłośników grafiki zapraszam do zrobienia poprawki w projekcie. I to było dość ciekawe. Trzy polecenia do zrobienia, projekt gotowy tylko trzeba go poprawić i dodać nowe funkcjonalności. Ta forma rekrutacji bardzo mi się spodobała. Przewidywany czas na zrobienie tego zadanka wynosił 4 godziny. Zrobiłem, wysłałem i dostałem maila, po którym ręce mi opadły. To było coś w stylu: „Bardzo fajnie napisane funkcjonalności, sporo naszych deweloperów zachwalało Twoje rozwiązanie, ale niestety poszukujemy kogoś innego”. Gdyby chociaż napisali, co zrobiłem źle, ale po co? Kolejny czas zmarnowany.

Powrót na rodzinne podwórko

Teraz będzie krótko, bo przypominając sobie te wszystkie procesy męczę się równie mocno, jak podczas uczestniczenia w nich. Pojawiła się jeszcze firma z Krakowa, która wspomniała o procesie rekrutacyjnym składającym się z sześciu, lub siedmiu etapów. Ostatni miał kończyć się w Tel-Awiwie. Podziękowałem dość szybko.

Była jeszcze jedna firma, z dobrze mi znanych Katowic. Tutaj proces polegał na uczestniczeniu w dwóch super fajnych rozmowach i tyle. Tylko że ja się nie zgodziłem. Dlaczego? Sam się teraz zastanawiam. Głównie rozbiło się o nieco inny stack technologiczny, a także dlatego, że z jednej strony jestem mocno zniechęcony sznurem rekrutacyjnym. Z drugiej strony, poszło tak prosto, że aż było to dla mnie dziwne. A po przejściach w lutym stałem się bardziej niż ostrożny. Choć mam nadzieję, że tym razem to nie ja zmarnowałem ich czas i przyjdzie nam jeszcze kiedyś coś wspólnie zakodzić.

W przyszłości życzę sobie podobnych procesów. Chciałbym, aby doświadczenie mówiło samo za siebie, a sprawdzenie kandydata było przyjemną rozmową dwóch pasjonatów o technologiach. Z ewentualnym dodatkiem w postaci jakiegoś kodu, czy małego zadania do zrobienia.

Wybierajcie mądrze

Przestroga na koniec tego postu, bo możecie niesamowicie zmarnować sobie czas. Często fajna wizja projektu sprawia, że godzimy się na wieloetapowe rekrutacje. Rozczarowanie jest tym większe, im dalej zabrniesz. Bo wszyscy dobrze wiemy, że im wyżej się jest, tym bardziej boli nas upadek. Nie twierdzę, że takie rekrutacje nie mają sensu, bo na pewno skreślają odpowiedni procent kandydatów na każdym z etapów i do firmy trafiają Ci najbardziej zdeterminowani… A może zdesperowani?

Jak to jest, że ciągle brakuje specjalistów w naszej branży, a na niektórych rekrutacjach rzecz rozbija się dosłownie o niuanse? Wygląda to zupełnie odwrotnie, tak jakby to ofert było za mało, a nie ilość chętnych. Czy rzeczywiście jest tak, że wszyscy chcą już tylko seniorów, liderów, architektów, a chcieliby płacić jak za regulara? Jakkolwiek by nie było, przydałby mi się urlop od rozmów.

A co jeżeli się nie uda teraz, za miesiąc, za dwa? Na to pytanie nie umiem sobie jeszcze odpowiedzieć, ale wiem jedno. Rekrutacje potrafią złamać tak, że masz chęć rzucić to wszystko w cholerę.


Artykuł został pierwotnie opublikowany na pawelochota.pl. Zdjęcie główne tekstu pochodzi z unsplash.com.

Zapraszamy do dyskusji

Patronujemy

 
 
Polecamy
W pierwszej pracy zarabiałem 200 złotych. Historia Tomasza Wiszkowskiego