Od seniora do właściciela firmy. Historia Pawła Komarnickiego

– Pracować mniej, ale na “wyższej płaszczyźnie”, tj. zamiast tworzyć kod, opracowywać strategie, tworzyć architektury, optymalizować firmę jako lider – taki jest cel na najbliższe lata Pawła Komarnickiego, którego zaprosiliśmy do rozmowy. Opowiedział nam o tym, jak z pracownika sklepu został grafikiem, później freelancerem, czy web developerem w Runtastic. Większość swojej kariery zawodowej spędził w Linz i tam też otworzył swoją firmę.

Po co programista z takim doświadczeniem zakłada własną firmę? Przecież seniorzy tyle zarabiają.

Dobry programista w Berlinie może liczyć na dobre zarobki (65 tysięcy EUR rocznie i więcej), ale często jest tylko “trybikiem w maszynie”, a decyzje dotyczące produktu, jak na przykład rozwiązania techniczne, podejmowane są przez Product Ownerów lub przez osoby na samym szczycie hierarchii. Przez 10 lat tworzyłem produkty “od zera” i w pewnym momencie dotarło do mnie, że chciałbym oprócz tworzenia samego kodu, mieć także większy wpływ na projekt, jego kierunek, podejmowane decyzje. Osobną sprawą jest dość spora rotacja pracowników w startupach – chciałbym w pewnym momencie mieć swój własny, stały, zespół, który pracowałby w oparciu o wspólne wartości.

Jakie wartości i skąd pomysł, aby właśnie one scalały zespół?

Pracując w startupach przez “zbyt wiele lat” widziałem pełen przekrój tworzonych kultur, zarówno w miejscach, które wspominam jako koszmar, jak i tych, wobec których czuję sentyment, i którymi staram się inspirować. W mojej firmie chciałbym opierać się na szczerości: kiedy ludzie są szczerzy, wiele problemów zostaje rozwiązanych, zanim tak naprawdę staną się one problemami i nikt nie czuje się obrażony, odsunięty lub zignorowany. 

Chciałbym także stworzyć przyjazne środowisko nie tylko do rozwoju profesjonalnego, ale także osobistego. Wiele firm, z którymi miałem styczność idzie do celu po trupach, a pierwszymi ofiarami takiej polityki są pracownicy. Chciałbym, aby moja firma tworzyła pozytywne emocje, bo w ten sposób zyskamy wszyscy.

Wspomniałeś o dobrej przyszłości. Czym ona dla Ciebie jest?

Jest to zdecydowanie przyszłość, w której nie muszę martwić się o to, czy za miesiąc, za kwartał, czy za rok mój zespół lub firma będzie sprawnie działać i zarabiać na siebie. Aktualnie dążę do stworzenia takich projektów i firm, które będą stanowić “pasywny przychód”, tj. nie będę musiał spędzać całego mojego czasu na pracy, a np. będę jako CTO lub prezes nadawał kierunek, planował, wspierał zespół jako doradca. 

Myślisz, że własna firma to najlepsza droga do samorozwoju?

Tak i nie. Od początku mojej kariery interesowałem się wszystkimi aspektami tworzenia cyfrowych produktów, od designu i User Experience, przez programowanie, do copywritingu i fotografii. Jeden z moich szefów powiedział mi, że “mam zbyt wiele umiejętności, żeby siedzieć przez 8 godzin dziennie i tylko pisać kod”. Miał rację: praca w korporacji daje poczucie bezpieczeństwa, ale też potrafi zdusić kreatywność!

Własna firma nie jest jednak złotym środkiem, o czym przekonałem się całkiem niedawno. Pracując “dla siebie”, nagle na horyzoncie pojawiły się takie tematy jak księgowość, aspekty prawne, GDPR, umowy, negocjacje, itp., którymi jako pracownik nie musiałem się martwić. Zakładając własną firmę, trzeba się liczyć z tym, że nie będzie to 8 godzin pracy przy biurku, a zaskakująco duży kawałek dnia zajmą formalności, marketing, nawiązywanie kontaktów.

Opowiedz o drodze jaką przebyłeś do podjęcia decyzji o otwarciu własnej firmy. Czym zajmowałeś się w pierwszej pracy?

Formalnie, jeszcze zanim rozpocząłem studia, moją pierwszą pracą w życiu było wykładanie owoców i warzyw w hipermarkecie. Wytrzymałem 5 dni, w czasie których udało mi się znaleźć pierwszą ”branżową” pracę jako grafik i animator w małej agencji reklamowej. Była nas raptem piątka, a zakres usług oscylował pomiędzy tworzeniem małych serwisów, grafiką do druku, i tworzeniem wyklejanych kasetonów dla sklepów.

Jakie doświadczenia wyniosłeś z tej pracy?

Była to bardzo mała firma, dlatego miałem okazję zobaczyć jak wygląda “rynek reklamy” w praniu, oraz to jak bardzo różni się względem tego, jaki jego obraz miałem w głowie jako nastolatek. 

Jedną z najważniejszych rzeczy, których nauczyłem się pracując w takim środowisku było “konsekwentne komunikowanie postępów” oraz elastyczność: zespół nie pracował w próżni, często musieliśmy komunikować się z klientami, którzy także mieli swoje plany. Z tego powodu bardzo istotne było efektywne komunikowanie wymagań i postępów prac, aby uniknąć pomyłek typu “kaseton miał być wyklejony na czerwono, a nie na pomarańczowo”. Czasami trzeba było zmienić priorytety na biegu, oraz pracować pod presją. Był to bardzo dobry trening radzenia sobie z zadaniami.

W tzw. międzyczasie udzielałeś się na forach i pomagałeś innym pisać lepszy kod. Pamiętasz jakiś ciekawy problem, którego rozwiązanie przyniosło Tobie satysfakcję?

Moim konikiem w tamtym okresie było udzielanie rad na temat optymalizacji kodu HTML i tworzenia bardzo czystych, lekkich serwisów z użyciem HTML5, CSS i JavaScript. W ramach kontekstu, był to czas kiedy Google nie było tak zaawansowane jak dzisiaj, większość serwisów internetowych było jeszcze robionych we Flashu, a tematyka SEO i SEM była w powijakach. Do tego większość serwisów była tworzona jako tabele, dzisiaj rzecz nie do pomyślenia!

Niestety, było to ok. 14 lat temu, więc nie pamiętam szczegółów. Było to po prostu wspieranie programistów w tworzeniu lżejszych, nowocześniejszych serwisów, a także sprawianie, aby były bardziej czytelnie i przyjazne dla crawlerów Google. 

W 2011 roku postanowiłeś przenieść się do Austrii, by pracować dla Runtastic. Jak przebiegał proces rekrutacyjny?

Do tej pory nie potrafię ułożyć sobie w głowie, jak to się stało, że wylądowałem w Austrii! Po zakończeniu studiów otworzyłem działalność (w Polsce), żeby móc księgować usługi, które do tej pory wykonywałem jako student dla moich klientów (tworzenie serwisów, obsługa serwerów itp.), ale niestety nie szło to zbyt płynnie – byłem jeszcze niedostatecznie doświadczony, żebym mógł sam wprowadzić produkt na rynek. Ponadto, rynek pracy dla programistów Ruby w tamtym okresie praktycznie nie istniał. Na palcach jednej ręki mogłem policzyć firmy używające Ruby on Rails, które na dodatek były rozsiane po całej Polsce!

Ofertę pracy dla Runtastic znalazłem na polskim forum Ruby on Rails, była ona po angielsku. Napisałem “zaczepnie” wiadomość i cała machina jakoś ruszyła. Mieliśmy 2 lub 3 wideorozmowy, po czym zostałem zatrudniony i zaproszony do przeprowadzki. Były to trochę inne czasy, nikt nie wymagał ode mnie tworzenia prac domowych, zdawania testów, udowadniania, że umiem programować. Wystarczyła rozmowa.

Jaki stan aplikacji zastałeś i jakie zmiany udało się Tobie wprowadzić?

Runtastic był w całkiem dobrym stanie, kiedy dołączyłem do zespołu, ale potrzebna była wiedza i doświadczenie z migracją z Ruby on Rails 2 do Ruby on Rails 3. Część starego kodu nie działała, albo wymagała refaktoryzacji (warto pamiętać, że były to początki istnienia tej platformy!). Ponieważ miałem doświadczenie w tej dziedzinie, a poza tym oferowałem wiele innych umiejętności, byłem doskonałym kandydatem. 

Oprócz pracy nad backendem, miałem okazję stworzyć pierwszą wersję kalendarza dla nowej wersji serwisu. Z tego co wiem, dobre kilka miesięcy po moim odejściu ten kod stanowił trzon internetowej wersji produktu!

Dlaczego odszedłeś z tej firmy? Wydawała się idealnym miejscem dla Ciebie.

Byłem bardzo zadowolony z pracy w Runtastic, i życia w Austrii, ale z powodów podatkowych mogłem przebywać tam jedynie pół roku. Po tym czasie musiałbym przenieść swoją rezydenturę podatkową, w tym własną mini-firmę, co byłoby trudne logistycznie. Wróciłem do Polski, i “przez przypadek” dałem się zwerbować do Berlina, tym razem już bez balastu w postaci własnej mini-firmy. 

Opowiedz o kosztach życia w Linz i o tym, jak w ogóle mieszka się w takim mieście?

Życie w Linz było niesamowitym doznaniem. Jest to miasto, które zaskoczyło mnie na wiele sposobów: od architektury, jakości życia, ale także podejścia do ekologii, logistyki, kultury. Jest to w miarę nowe miasto, dlatego na przykład można było je zaprojektować biorąc pod uwagę komunikację miejską: przez całe miasto przebiegały 3 linie tramwajowe (pokrywające się przez większość długości), a w poprzek przebiegały linie autobusowe, tworząc komunikacyjny szkielet miasta. Dla mnie było to fascynujące!

Linz miało bogaty kulturowy charakter – tuż obok odrestaurowanej starówki przepływa Dunaj, który otoczony jest takimi atrakcjami jak na przykład zamek, muzeum techniki oraz galeria sztuki Lentos. Wieczorami był to niesamowity widok, kiedy rozświetlony Lentos rzucał blask na Dunaj. 

Jakość życia w Linz była dla mnie nieporównywalnie wyższa, niż jakość życia we Wrocławiu. Po pierwsze, miasto było mniej zatłoczone, było bardziej zielone (do tej pory uważam Linz za oazę zieleni i najbardziej ekologiczne miejsce, w jakim dane było mi przebywać), a lokalne podejście do spędzania czasu na łonie natury, która była na wyciągnięcie ręki, zmieniło mój stosunek do spędzania wolnego czasu. 

W czasie, kiedy aktualnie w Polsce toczy się debata na temat handlowych niedziel, w 2011 roku w Linz musiałem zrywać się w sobotę rano, żeby zrobić zakupy, gdyż… większość sklepów otwarta była do 14 lub 15, a w niedzielę praktycznie wcale! I nikt nie marudził, po prostu reszta soboty była na wyjście do restauracji, żeby pobiegać, pojeździć na rowerze. Myślę, że pod tym względem Linz było w pewien sposób wyjątkowe, ponieważ ten podział na “biurowy tydzień” i “aktywny weekend” była zakorzeniona w umysłach Austriaków oraz wspierana bogatą ofertą atrakcji w mieście, a także łatwym dostępem do rzeki, gór, kilometrami ścieżek rowerowych, przyjazną komunikacją miejską, itd.

Jeśli chodzi o kwestie języka, byłem absolutnie zaskoczony, że sześćdziesięcioparoletnia właścicielka mieszkania mówiła dość sprawnie po angielsku, tak samo jak językiem angielskim sprawnie porozumiewali się inni ludzie w pracy, w sklepach, na ulicach. Był to dla mnie przyjemny akcent, ponieważ z moją średnią znajomością niemieckiego obawiałem się wyjazdu do krajów niemieckojęzycznych. Niepotrzebnie.

Przez blisko jedenaście lat pracowałeś na stanowisku developera. Co najciekawszego spotkało Cię w tym czasie?

W tym czasie pracowałem nad wieloma ciekawymi projektami, najciekawszą rzeczą w tym czasie była możliwość pracy w wielonarodowych zespołach. W ten sposób znalazłem przyjaciół w Hiszpanii, Anglii, Wietnamie, czy w Japonii.

Zebrałeś doświadczenie, które postanowiłeś przełożyć na własną firmę, którą w dodatku otworzyłeś ją w Berlinie. Z jakimi kosztami początkowymi musiałeś się liczyć?

Początkowe koszty dość trudno oszacować, ale są to m.in. wizyta u notariusza i wpis do rejestru firm (ok. 220€), rejestracja działalności (15€), kapitał początkowy firmy (dla UG co najmniej 1€, dla GmbH co najmniej 25k€), a także obowiązkowa roczna składka w stowarzyszeniu przedsiębiorców. Do tego dochodzą koszty księgowości (co najmniej 100€ miesięcznie, plus roczne rozliczenie, które kosztuje ok. 500-1000€). Nie jest tego mało.

Najpierw znalazłeś team czy pierwsze zlecenie?

Pracuję nad swoim własnym produktem, zarówno w mojej własnej firmie, jak i tej w której jestem współzałożycielem. Ciężko powiedzieć co było pierwsze, może… idea?

W jaki sposób rekrutujesz ludzi do swojej firmy?

Berlin ma dość rozbudowane zaplecze jeśli chodzi o rekrutację. Oprócz standardowych “headhunterów” jest tu również wiele lokalnych serwisów z ofertami.

Jak wygląda rekrutacja pracowników na rynku niemieckim? Czym się charakteryzuje?

Powiedziałbym, że jest taka sama, jak w Polsce: firmy albo zatrudniają łowców głów, albo publikują oferty pracy w serwisach z ogłoszeniami. Wystarczy złożyć CV i umówić się na rozmowę.

Jakie masz plany na przyszłość względem firmy i siebie? 

Wobec firmy? Rozwój, dużo rozwoju, ale nie chcę mieć mega-korporacji. Wobec mnie? Pracować mniej, ale na “wyższej płaszczyźnie”, tj. zamiast tworzyć kod, opracowywać strategie, tworzyć architektury, optymalizować firmę jako lider.

Nie obawiasz się, że otwierając firmę przestaniesz zajmować się programowaniem?

Nie pozwolę na to. Stworzyłem dla siebie niszę, w której mogę nie tylko programować, ale także projektować grafikę, zajmować się treścią, tworzyć multimedia. Dodanie kolejnej rzeczy, którą mógłbym robić widzę bardziej jako możliwość rozwoju i nowe, ciekawe wyzwanie.


Paweł Komarnicki. Właściciel w Cubitoo. Absolwent Informatyki na Politechnice Wrocławskiej, zawodowo specjalizuje się w tworzeniu aplikacji internetowych od podstaw. Od 8 lat mieszka na stałe w Berlinie, aktualnie prowadzi własną agencję interaktywną oraz współtworzy startup wspierający psychologicznie osoby cierpiące na choroby przewlekłe. Zapalony gracz, kucharz i fotograf hobbysta.

Patronujemy

 
 
Polecamy
HRakterna środa – W turkusowej organizacji lider może przyznać się do słabości