Nie zaczynaj od pracy zdalnej. Historia Andrzeja Rośka

Andrzej pierwszą pracę znalazł w firmie Companion. Pracował w niej zdalnie, co po czasie zaczęło coraz bardziej doskwierać. – To było coś, co musiałem zmienić. Z perspektywy czasu uważam, że była to bardzo dobra decyzja. Nie zdawałem sobie jeszcze wtedy z tego sprawy, ale nie powinno się zaczynać przygody z programowaniem zdalnie – mówił w rozmowie. Później pracował w Polcode, ale po kilku latach przeniósł się do Niemiec. Jak wygląda niemiecki rynek pracy?

Masz doświadczenie w nauczaniu dzieci programowania. Opowiedz, jak wykorzystujesz to doświadczenie dzisiaj?

Praca z dziećmi uczy cierpliwości i samokontroli. Jest o tyle łatwiej, że człowiek w trudnych chwilach może sobie powiedzieć „to tylko dziecko…”, co działało na mnie jak meliska. Po czasie człowiek wyrabia pewne nawyki i wewnętrzny spokój. Dlaczego to cenne doświadczenie? Przełóżmy to na pracę z trudnym klientem. Generalnie często klienci chcą coś zrobić, ale nie mają pojęcia, jak i nie wiedzą, czego konkretnie potrzebują. 

Często widzą tylko formę. Klient nie powie mi, że chce zbudować multistore na Magento z ERP i SAP. Fajnie jakby było headless i otestowane. Zdarza się i tak, ale nie jest to częste. Często też klient nie rozumie, co się do niego mówi, co również jest normalne, bo rzadko są to osoby z wiedzą techniczną. Tutaj też trzeba sobie powiedzieć „To tylko dziec… – “nietechniczny” klient, który przyszedł do ciebie, bo jesteś specjalistą.” Jakby był “techniczny”, sam by sobie poradził.

Pierwszą poważną pracę znalazłeś w Companion, ale po siedmiu miesiącach zrezygnowałeś z niej. Dlaczego?

W sumie dobrze wspominam tę pracę, bo zapewniała wyzwania. Jedyna rzecz, która doskwierała mi z czasem coraz bardziej to samotność, która pogłębiała się podczas pracy zdalnej – zdarzało się, że przez tydzień nie wychodziłem z domu. To było coś, co musiałem zmienić. Patrząc na to z perspektywy czasu uważam, że była to bardzo dobra decyzja. Nie zdawałem sobie jeszcze wtedy z tego sprawy, ale nie powinno się zaczynać przygody z programowaniem zdalnie. Będąc w biurze, wśród ludzi z większym doświadczeniem, człowiek uczy się o wiele szybciej. Nawet mając kogoś na tym samym poziomie można grzecznie (lub nie – jak kto lubi) wymienić poglądy.

Jak wspominasz kolejną firmę – Polcode?

Jednym zdaniem: najfajniejszy team do jakiego mogłem trafić. Do tej pory utrzymujemy ze sobą kontakt, a chyba każdy z mojej ekipy poszedł w swoją stronę. Polcode to dość duży software house, ma biura w kilku miastach, a do tego zatrudnia wielu “zdalnych” programistów. Jest o tyle świetny, że nadal zapewnia środowisko pracy z płaską strukturą. Wszyscy równi. Przypominam sobie dość zabawną sytuację z biura w Krakowie – wtedy jeszcze na Miodowej. 

Był to dzień, kiedy miał się pojawić nowy asystent biura. Tak się złożyło, że tego samego dnia przyjechał Wojtek z Warszawy – już nawet nie pamiętam w jakim celu. Chyba tylko Jurek kojarzył Wojtka z wyglądu. Mniejsza z tym, Wojtek, zazwyczaj ubrany casual’owo, miał w zwyczaju witać się z każdym po przyjeździe. Do końca nie wiedzieliśmy kto to jest, więc część założyła, że jest to jakiś nowy Dev, część, że nowy AM lub PM. 

Pośmieszkowaliśmy trochę, a później każdy wrócił do pracy. Jurek przyszedł do biura i Wojtek rozłożył się w pobliżu jego stanowiska, bo wyglądało na to, znali się wcześniej. Kilka godzin później Wojtka już nie było. Mamy przerwę. Przychodzi koleżanka – AM i mówi, że poznała nowego asystenta biura i że spoko facet. Jurek, który opiekował się wtedy Krakowem: “hmm… dziwne, bo ma przyjść za godzinę”. Okazało się, że wspomniany Wojtek to prezes Polcode. Pamiętam, że koleżanka zbladła i cieszyła się, że nie wypaliła żartu z obowiązkiem robienia kawy wszystkim pracownikom biura, co zwykliśmy mówić każdemu nowemu. 

Każdy w Polcode robił swoje i nie było niepotrzebnego stresu. To szło od samej góry. W Polcode zdobyłem solidne fundamenty, zarówno jeśli chodzi o programowanie, jak i pracę w zespole. Nauczyłem się rozmawiać i słuchać klientów. Również moja pewność siebie została podbudowana. Kiedyś miałem problemy, żeby o coś poprosić, zapytać. W dobrej/bezpiecznej atmosferze łatwiej się przełamać, a z czasem człowiek zaczyna widzieć, że to coś normalnego. A nawet niezbędnego, jeśli chce się iść naprzód.

Komu poleciłbyś pracę w tej firmie?

Każdemu! Albo raczej każdemu, kto da radę przejść rozmowę kwalifikacyjną z Jurkiem. Straszny nudziarz… OK! Żarcik! Jurek jest świetny! Zarówno merytorycznie, jak i pod względem poczucia humoru. Polcode jest chyba dla każdego. Rekrutowałem się na mida, problem polegał na tym, że nie miałem za dużo do pokazania w portfolio. Zaproponowano mi pozycję juniora, bo mimo wszystko jakąś wiedzę miałem. Zgodziłem się i po 2-3 m-cach awansowano mnie na mida. Rozmawiałem kiedyś z koleżanką z HR po pracy, wygadała mi się, że atmosfera w firmie nie do końca jest przypadkowa. Podczas rozmowy rekrutacyjnej zwraca się uwagę nie tylko na wiedzę merytoryczną, ale też charakter danej osoby. 

Tłumaczyła to tym, że lepiej jest zatrudnić kogoś dobrego, kto się podszkoli, a przy tym jest “ludzki”, niż zatrudniać “geniusza”, który jest do tego stopnia nieznośny, że trzech bardzo dobrych developerów odejdzie przez niego. Myślę, że dużo w tym racji. Zatem Polcode chyba nie jest dla zarozumialców.

Kiedy stałeś się seniorem i co oznaczało wtedy to określenie?

Starałem się opóźnić ten krok. Z tego co się orientuję, teraz w Polcode wygląda to inaczej. Wyznacznikiem wtedy był przychód, jaki przynosiłem do firmy przez ostatnie 3 m-ce. Nie pamiętam, jaki był próg. Jakiś wyznacznik chyba był, bo żeby pracownik mógł przynieść dochód klienci musieli uznać, że jego praca jest warta wyższej ceny niż średnia, musiał także kończyć powierzone zadania sukcesem, żeby klient chciał zapłacić. 

Zajmowałeś się więc nie tylko programowaniem, lecz także kontaktem z klientem.

Co ciekawe, już w tamtym okresie częściej pojawiały się zadania bardziej doradcze i projektowe, niż stricte koderskie. Wracając do kwestii otrzymania tytułu seniora – to było chyba 3-4 lata temu – moja AM oznajmiła mi wtedy, że spełniłem kryterium już kilka miesięcy wcześniej. Poprosiłem ją, żeby nie informowała HRu, bo nie czułem się na tyle dobry, co moi koledzy, którzy – mówiąc delikatnie – wymiatali. Wróciła do tematu po 2 m-cach i nie było już negocjacji, bo uznała, że powinienem być seniorem. Co oznaczał ten awans? Nie wiem, czy coś się wtedy tak naprawdę zmieniło, na pewno miałem mocny argument we wniosku o podwyżkę. 

Myślę, że zanim nim zostałem, bycie seniorem oznaczało bycie wymiataczem, który wyciąga wszystkie odpowiedzi z rękawa. W rzeczywistości, obowiązki i oczekiwania rosną z czasem. Przy pogłębianiu wiedzy i doświadczenia. Nie jest to coś skokowego i chyba nie powinno być. Na pewno było mi bardziej głupio, gdy czegoś nie pamiętałem, więc musiałem się przykładać jeszcze bardziej. “Senior” zobowiązuje. Na pewno trzeba być samodzielnym. Trzeba też wyrobić w sobie nieco asertywności i wiedzieć, kiedy powiedzieć, że “się nie da”. Na pewno trzeba umieć rozmawiać z ludźmi i pracować zespołowo. Generalnie myślę, że jest to dość smutne, gdy ktoś zostanie seniorem zbyt wcześnie. To jest proces i seniorami stajemy się z czasem i zdobytym doświadczeniem. Nikt nie powinien o to zabiegać dla samej formalności. To tak nie działa.

Kilka razy w swojej karierze napotkałeś na rutynę, nudę i samotność związaną z pracą zdalną. Do dziś nie znalazłeś sposobu na te przeszkody?

Ależ znalazłem! Żona mi powiedziała, że to Ona jest rozwiązaniem tego problemu. No, a tak poważnie, to nie znalazłem. Na pewno znalezienie drugiej połówki pomaga, człowiek zawsze ma się do kogo odezwać (nie licząc kota), ale to nie wystarcza. Chyba jestem osobą potrzebującą dużo kontaktu z innymi, choć dostaję sygnały z otoczenia i sam lubię sobie wmawiać, że jest inaczej. 

Za to znalazłem sposoby na inne problemy związane z pracą zdalną. Po pierwsze, zawsze mówić o problemach kolegom z teamu – choćby fakt, że masz kijowy tydzień (PM wtedy będzie wiedział, że nie należy obciążać Cię kluczowymi zadaniami). Jeśli masz problem, pytaj – może ktoś miał podobny, wystarczy, że on/ona spędził(a) czas na jego rozwiązanie. Przy każdej możliwej okazji spotykam się z kolegami/koleżankami i odwiedzam biuro od czasu do czasu. Nie wiem czemu, ale już kilkukrotnie słyszałem od innych, że wyobrażali mnie sobie jako blondyna (fyi: te osoby widziały moje zdjęcie). 

Nie unikam także spotkań z klientem. Szczególnie, że są dla niego ważne – czuje się wtedy bezpieczniej. I najważniejsze, wyrabiam rutynę i skrupulatnie się jej trzymam. W pracy z domu nie ma nic gorszego niż rozpraszacze – z czasem kończy się to siedząc nad zadaniami po nocy. Ciekawą opcją są też miejsca coworkingowe, ale powiem szczerze, że nigdy ich nie próbowałem. Po pierwsze, trzeba być w mieście, które udostępnia takie miejsce, a po drugie, chyba miałbym problemy z nawiązaniem relacji z osobami, z którymi nie wiąże mnie nic poza miejscem.

Zapraszamy do dyskusji

Patronujemy

 
 
More Stories
Seniorzy odpowiadają
Jak przetestowałbyś umiejętności deva, z którym będziesz tworzyć własny projekt? Seniorzy odpowiadają (cz.6)