Między pracą w Apple a Microsoftem jest mało różnic. Historia Piotra Poletajew

Piotrek Poletajew, którego zaprosiliśmy do naszej serii livestreamów o polskich programistach za granicą, mieszka i pracuje w Sztokholmie. W swojej karierze testera przeszedł przez wiele dużych firm i właśnie o nich rozmawialiśmy. Poniżej znajdziecie transkrypcję drugiej części rozmowy z Piotrek. Pierwszą znajdziecie pod tym adresem.

Spis treści

Jakie różnice czułeś między pracą na krótkim kontrakcie w Apple, a pracą przez cztery lata w Microsofcie? Czy jesteś w stanie to porównać?

Mimo tego, że w Apple byłem tylko na kontrakcie – to trochę inaczej, niż bycie ‚full-time’, tak jak w Microsofcie. Jak pracujesz ‚full-time’, to masz większą szansę na awans,  większą premię itd. Z samego miejsca pracy zapamiętałem tylko tyle, że w Apple była kantyna, gdzie za 4 euro można było zjeść super obiad, a w Microsofcie w Szwecji tej kantyny nie było i trzeba było chodzić poza biuro na lunch.

Do Ikei trzeba było chodzić, na klopsiki.

Nie no, aż tak nie. Bardzo sobie chwalę jedzenie hinduskie. Nie dlatego, że pracowałem z Hindusami, bo ktoś może to tak zrozumieć. Codziennie chodziłem na jedzenie hinduskie i niestety, nie kosztowało to 4 euro, bo Szwecja jest droższym krajem.

O ile drożej kosztował taki obiad? Wszyscy wiemy, że Szwecja jest bardzo drogim krajem.

Porcja lunchowa to jakieś 10 euro (wszystkie restauracje w porze lunchu mają zniżki 50%), natomiast jak nie ma lunchu, to robi się z tego 20 euro, więc jak się spóźnisz, bo miałeś meeting, no to już dzisiaj nie pojesz. Wtedy już tylko McDonald.

Jakie jeszcze różnice widzisz między Apple a Microsoftem?

Tak naprawdę, to jest bardzo mało różnic. Jak wiadomo, każda firma ma jakąś tam swoją strukturę, swoją politykę itd., ale jednak wszystko podlega jakiejś wizji firmy. Jej celom, które chce osiągnąć na dany kwartał. Wszyscy są zawsze skupieni na tym. I to jest kwestia managementu, jaki vibe nam nastawił na kwartał.

Właśnie – kwestia managementu. Czułeś różnicę między obiema korporacjami?

Ciężko to porównać, bo nie miałem takiego managementu w Apple jaki miałby full-time employee. Nie miałem żadnych rozmów okresowych, wiadomo – przyszedłem i już było wiadomo, że za 3 miesiące mnie nie będzie, więc nawet nie ma co mi zwracać uwagi, jeżeli w ogóle jest o co. W Microsofcie spotkałem się z bardzo doświadczonymi managerami, z ludźmi, którzy potrafią naprawdę efektywnie pracować z innymi, ale byli też tacy, którzy niekoniecznie to umieli. Nie mieli “daru” zarządzania ludźmi, a jednak piastowali takie stanowisko. To jest bardzo indywidualna sprawa, bo to, że organizacja ma znane logo, nie znaczy, że wszyscy w środku są tak samo kompetentni.

Dużo było Polaków w Microsofcie w tamtym czasie?

Byłem pierwszy, ale finalnie było nas trzech na trzysta osób. Ciekawostka: Szwedów było tylko 20%.

A jak się to rozkładało na inne nacje?

Na pewno mocno zarysowana była Rosja, Chiny, (konkretnie Hongkong) i oczywiście Stany i Ameryka Południowa. Polska nie tak bardzo. Zastanawiam się dlaczego.

Spędziłeś cztery lata w Microsofcie. Czy jak dołączyłeś do Microsoftu, to czułeś, że masz super pracę w dobrej firmie? W fajnym kraju i za niemałe pieniądze? Uważałeś ją docelowo za firmę, w której zostaniesz do końca życia, czy raczej nigdy nie patrzysz w ten sposób na przyszłość?

Wtedy już byłem na tyle doświadczony przez rynek pracy, żeby wiedzieć, że nic nie trwa wiecznie. Byłem już wtedy pięć lat w branży, więc wiedziałem, żeby się zbyt nie napalać, korzystać, póki mogę i rozwijać jak najwięcej. Robiłem tam wszystkie szkolenia, wszystko, co się tylko da.

Co rozumiesz przez rozwój jako tester? W jaki sposób się rozwijałeś? Co wtedy uważałeś za najbardziej istotne?

Wtedy wchodziła moda na Agile i mieliśmy taki luksus, że Microsoft każdej osobie, która została zatrudniona w tamtym czasie, zafundował kurs na Scrum Mastera, który prowadził Jim Kopplin. Mieliśmy okazję spotkać tego człowieka – był on bardzo, bardzo charakterystyczny. Przez dwa dni przyśpieszonego kursu na Scrum Mastera, który kończył się certyfikacją, wpoił nam mnóstwo wiedzy. Pokazał nam ten prawdziwy Agile, którego nigdy wcześniej nie widziałem i rzadko później.

Widziałem to prawdziwe optymalizowanie procesu, dzięki któremu dało się pójść na bardzo duże skróty i na bardzo wiele kompromisów w procesie produkcji. To było całkiem fajne doświadczenie, bo faktycznie było widać zastosowanie „Muda Muri Mura” z Agile’a, gdzie „muda” to śmieci. Te śmieci, tę „mudę”, całą wyrzuciliśmy z procesów i okazało się, że nasza praca stała się o wiele łatwiejsza.

W której pracy najbardziej się rozwinąłeś jako tester? Właśnie w Microsofcie, przez te 4 lata?

Wydaje mi się, że tak, że w Microsofcie, bo tam mieliśmy praktycznie nieograniczony budżet na rozwój. Firma posiadała zaplecze techniczne rozbudowane do takiego poziomu, że mieliśmy swojego własnego BTS-a z własną siecią GSM. Mogliśmy debugować i testować pakiety latające po protokołach używanych w GSM. Mieliśmy full wgląd na wszystko.

Próbowałeś nauczyć się szwedzkiego?

Próbowałem, bo Microsoft sponsorował nam szkolenie. Mieliśmy je nawet w miejscu pracy, ale stwierdziłem – po trzech lekcjach – że jedna godzina snu więcej ma dla mnie większą wartość. Tak jak mówiłem wcześniej, 20% osób to są Szwedzi w firmie i wtedy nie czułem takiej potrzeby. A w samej Szwecji nawet z osobą bezdomną nie ma problemu, żeby dogadać się po angielsku.

Podejrzewam, że po Microsofcie trafiłeś już do swojej obecnej firmy, &frankly, czy jeszcze nie?

Nie, jeszcze nawet w Google nie byliśmy.

To co było później?

Stało się tak, że zamknęli cały Skype Site w Sztokholmie. Był całkowity „shut-down” i nagle 300 osób znalazło się na konkurencyjnym rynku IT. Byłem w takiej panice, że myślałem, że będę wracał do kraju, natomiast co się okazało – kiedy ludzie w firmie zaczęli to wyczuwać, to pojawiła się opcja wzięcia early dealu, czyli: „zrezygnuj teraz, dostaniesz severance pay, jakiś tam bonus – wykupimy cię, żebyś sobie poszedł”. I nauczony tym, co opowiadali koledzy z pracy, którzy wcześniej pracowali w Ericsson (każdy, kto nie wziął „deala”, gorzej na tym wyszedł), stwierdziłem, że nie będę kusił losu, przynajmniej wiedziałem, na co się piszę.

Byłem na kilka miesięcy zabezpieczony i wyszedłem z założenia, że jakoś to będzie. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, jak ciężko znaleźć pracę w Szwecji, bo byłem do tej pory prowadzony za rączkę. Po czterech latach nie wiedziałem jaki jest rynek. Byłem troszeczkę zdenerwowany i zestresowany, to muszę przyznać. Miałem już zobowiązania. Na szczęście udało mi się w dwa tygodnie znaleźć pracę, natomiast ten early deal się bardzo przydał. Trudno powiedzieć, czy to była lepsza czy gorsza opcja, bo to coś zupełnie innego niż to, co zaoferowano osobom, które zostały.

Odszedłeś, ale jeszcze nie trafiłeś do Google?

Dostałem pracę w Snow. To firma zajmująca się software asset managementem, czyli inwentaryzacją oprogramowania w firmie. Ile licencji używamy, ilu potrzebujemy itd., itd.

Brzmi seksownie.

Tak, dokładnie tak jak mówisz. Po roku się stamtąd zmyłem. W tej firmie była jedna fajna rzecz – miałem swoje miejsce parkingowe.

To był drugi benefit od czasów pracy w Apple, który wywarł na Tobie takie wrażenie.

Tak, już byłem rozpieszczony, więc tak to wyglądało. W każdym razie poszedłem tam, popracowałem rok, robiłem rzeczy na urządzenia mobilne i później przeszedłem do fintechu na pół roku. I też tylko na pół roku, zdradzam, bo nie podobało mi się tam za bardzo. Szanuję ludzi, którzy to robią, ale ja bym nie mógł tak długo.

To był jakiś duży bank?

To była giełda mutual bonds na samą Skandynawię i Francję. Głównie handlowały tam towarzystwa ubezpieczeniowe itp. W pracy wykorzystuje się tam SQL i Excel praktycznie non stop. Określone są bardzo przejrzyste reguły gry dla testera. Wiesz co masz zrobić, wiesz jakie są dane wejściowe, wiesz jakie są wynikowe, musisz tylko zrobić tak, by to się sprawdzało. To fajna praca, jeśli chodzi o wyćwiczenie twardych umiejętności w testowaniu. 

Czy to jest stanowisko testera manualnego czy automatyzującego, bank czy jakakolwiek instytucja finansowa, gdzie trzeba liczyć cyferki, to jest to dobry bootcamp, jeżeli chodzi o rzetelne wykonywanie swojego zawodu.

Czyli ten bootcamp wystarczył ci na 6 miesięcy?

Wystarczył mi na tyle, żebym stwierdził, że ta praca nie jest dla mnie. Oczywiście nie zrezygnowałbym, gdybym nie miał już zaklepanej kolejnej roboty. I następną robotą właśnie był Google.

Znowu znalazłeś jakiegoś maila w spamie?

Nie, znalazłem na stronie internetowej ogłoszenie, w którym było napisane: „Test Engineer for popular search engine” – hm, pomyślałem o Alta Vista. Zaaplikowałem, po godzinie miałem telefon od pani z firmy rekrutującej. Przedstawiła mi warunki: „Piotr, praca jest za o wiele mniej niż chcesz, w niepełnym wymiarze godzin. Jesteś świetnym kandydatem, ale nie wiem, czy to jest dla ciebie”. Wykorzystałem wtedy moje życiowe zagranie, czyli dużą pewność siebie, i powiedziałem rekruterce: „Proszę przedstawić moje CV osobie decyzyjnej i zaproponować, że za 40 godzin i za konkretną kwotę (niestety nie mogę powiedzieć, jaką) jestem dla nich”.

Ale dałeś wyższą stawkę niż ta, którą oni zaproponowali?

Oczywiście.

O wiele procent?

O 25-30 procent. Bo to była praca w niepełnym wymiarze godzin, proponowali 7 godzin dziennie.

Pół godziny od mojej propozycji dostałem telefon, że następnego dnia mam rozmowę na Hangoucie z przedstawicielami Google, bo są bardzo podekscytowani. A dlaczego? Bo Google Stockholm robi Hangouts, a ja byłem w Skype’ie 4 lata. Spotkałem tam też sporo osób, z którymi pracowałem wcześniej. Pewnie to też pomogło mi trochę dostać tę pracę, bo w teamie, w którym byłem, były dwie osoby, przy czym z jedną pracowałem bezpośrednio, drugą znałem z palarni. A wiadomo, znajomości z palarni są na wagę złota.

Czym się różniło podejście do testowania Skype’a od Hangoutsa? Były diametralnie różne?

Diametralnie różne na pewno tak, ale też trzeba pamiętać, że aplikacje nie powstały w tym samym czasie.

Ale różnica między nimi wyniosła półtora roku! Już był tak duży przeskok?

Wydaje mi się, że tak. Google też o wiele wcześniej wiedział co robi, tworząc architekturę swojej całej infrastruktury testującej.

Czyli pewne rzeczy zostały o wiele dokładniej przemyślane. Możesz zdradzić coś więcej na ten temat?

Proces, od wpisania znaków w klawiaturę, do egzekucji czegokolwiek, jest maksymalnie skrócony. Do takiego poziomu, że w Chrome’ie mam swój edytor tekstowy do pisania rzeczy i komentowania, ale nie do GIT-a. Było to bardzo zwarte urządzenie, które dawało twojemu kodowi feedback praktycznie po pięciu minutach. Dopiero później były peer reviews i ściągnięcie tego kodu na produkcję. Było to bardziej przemyślane. Bardziej mi się to podobało, ponieważ nie musiałem popełniać błędów podczas projektowania i nauczyłem się wiele obserwując, jak to działa. 

W jaki sposób robić rzeczy, które są tanie w utrzymaniu? Istnieje na przykład popularna opinia (która jest słuszna), że automatyzacja testów po UI jest najdroższym możliwym sposobem automatyzacji. No i ja się zgodzę – jeżeli nie wiesz, co robisz. A nawet jeżeli wiesz, to może się okazać, że twój zespół programistów nie jest przystosowany do tego, żeby pracować z takim systemem, i nie robią jakiejś zmiany, przez którą za chwilę coś psują. Ale jeśli połączycie siły, możecie zbudować hybrydowy system razem z programistami i wtedy nawet deploy w piątek o 10 wieczorem nikogo nie martwi.

Dobór narzędzi był dowolny i w Apple, i w Microsofcie, i w Google? Mogłeś korzystać z czego tylko chciałeś? Czy czułeś, że np. w Microsofcie musicie używać Teams, czy może wewnątrz zespołów mogliście pozwolić sobie w tej kwestii na swobodę?

Na początku w Microsofcie, który był chwilę po przejęciu Skype’a, mieliśmy Jirę i jakieś tam standardowe narzędzia. Na Teamsy dopiero później się przenieśliśmy, ponieważ programiści, np. iOS team, to byli tacy buntownicy, nie chcieli się tak od razu dostosować.

Jeżeli chodzi o Apple – narzędzia ustandaryzowane, narzucone z góry. Z kolei Microsoft pozwalał na dowolność. Jedynie do dokumentacji mieliśmy narzucone narzędzia. Jednak jeśli mamy jakiś cel, który chcemy osiągnąć, jeżeli potrzebujemy jakieś komercyjne narzędzie, które trzeba subskrybować, jest płatne, to da się to załatwić. Możemy wybrać co tylko trzeba. Jeżeli chodzi o software, to nie ma problemu, gorzej było z hardware’em, zwłaszcza z BTS-em.

Zapraszamy do dyskusji

Patronujemy

 
 
More Stories
Z pierwszej ręki – o niedoszłym geodecie, który został programistą – rozmowa z Łukaszem Komajdą