Zastajemy Niemcy drewniane, a zostawiamy murowane. Rozmowa z Łukaszem Borzęckim

15 lat na rynku, 475 zrealizowanych projektów dla 70 klientów. Tak w skrócie można podsumować działalność VM.pl, wrocławskiego software house’u, który skupia się na klientach z Niemiec. M.in. dlatego wprowadził kursy językowe nie tylko dla pracowników firmy, ale i dla całej wrocławskiej branży IT. Prezesem firmy jest Łukasz Borzęcki, którego zaprosiliśmy do rozmowy o historii powstania VM.PL, jego rozwoju, ale też planach na przyszłość.

Zacznijmy od historii powstania VM.pl. Zazwyczaj software house powstaje ze względu na pierwsze pozyskane zlecenie. Czego dotyczył ten projekt?

Firma powstała w 2004 roku, więc w tym roku obchodzimy piętnastolecie jej istnienia. Założycielami są osoby, które były związane z grupą PWN — to autorzy pierwszej encyklopedii w Polsce. Encyklopedia miała sześć tomów i PWN chciało ją wydać także na płycie CD, czym zajęli się założyciele VM.PL. Idea była taka, aby pomóc wydawcom digitalizować content papierowy.

Kiedy pojawiłeś się w firmie?

Do VM przyszedłem w roku 2007 i zostałem programistą PHP, choć w zasadzie za dużo z tego PHP nie umiałem. Dosyć szybko tę wiedzę jednak zdobyłem. Z kolegą napisaliśmy pierwszy framework PHP-owy, bo wtedy jeszcze nie było takich. Zrobiliśmy to po to, żeby usprawnić tworzenie stron dla klientów. Na bazie naszego kodu powstało kilka następnych serwisów.

Jak dalej przebiegała Twoja ścieżka kariery?

Zadania zaczęły robić się coraz trudniejsze i coraz bardziej skomplikowane. Zauważyłem, że nie przeskoczę pewnej bariery i po prostu mój rozwój jako programisty może się w przyszłości zatrzymać. Postanowiłem wtedy, że pójdę w stronę zarządzania projektami. Później, pod koniec 2011 roku, dołączyłem do zarządu spółki. Była nas czwórka, podzieliliśmy tę odpowiedzialność na cztery grupy: R&D i nowe projekty, administracyjno-prawna oraz sprzedaż i development, którym ja się zajmowałem. Odpowiadałem za wszystkich pracowników IT: testerów, programistów i PM’ów.

W 2015 roku nastąpił przełom. Co się zmieniło?

Poprzedni rząd zmienił sposób finansowania książek. Wcześniej kupowali je rodzice, a teraz płaci za nie państwo. Wydaje się, że to szczytna idea, natomiast zrobiono to w niecodzienny sposób, bo rząd stał się wydawcą książek dla klas 1-3. Wiązało się to z zakazem korzystania z książek innych wydawców. Z dnia na dzień straciliśmy wszystkich klientów, którzy dostarczali książki dla klas 1-3, bo musieli zamknąć swoje działalności. Nawet jeżeli rodzic chciał zapłacić za książkę, to nie miał takiej możliwości.

A co było z wydawcami dla pozostałych klas?

Dla klas starszych rząd finansował zakup książek od wydawców, ale ustalił cenę książek w wysokości 50% ceny z poprzedniego roku. W związku z tym wszystkim wydawcom, z którymi współpracowaliśmy, przychody zmniejszyły się o 50% w porównaniu z poprzednim rokiem. Próbowali zredukować koszty skracając proces dostarczania książek do szkół, ale to i tak nie wystarczyło. Nasze produkty w tym czasie miały za zadanie wspierać zarówno sprzedaż, jak i nauczanie. Właściwie straciliśmy większą część projektów, które mogliśmy zrealizować.

Co zrobiliście w tej sytuacji?

Postanowiliśmy wyjść z naszą ofertą za granicę — i byłem odpowiedzialny za zrealizowanie tego pomysłu. W związku z tym zmieniono też funkcję w zarządzie i powierzono mi stanowisko prezesa zarządu. Pierwszego klienta zagranicznego zdobyliśmy już w lipcu 2016 roku, co biorąc pod uwagę specyfikę rynku niemieckiego, i to że robiliśmy to samodzielnie, bez żadnej pomocy, było nie lada wyczynem.  

Pamiętasz jaki to był projekt dokładnie?

To był projekt IT Sonix. Kolega pojechał porozmawiać z klientem o PHP-ie, a przywiózł zamówienie z Javy. To była firma, która wspomagała innych producentów aut w Niemczech — branża automotive, duża aplikacja. Żeby zrealizować to zlecenie zatrudniliśmy osobę, która posługuje się językiem niemieckim.

To był pierwszy sygnał, że język niemiecki będzie potrzebny w firmie?

Sygnałów było wiele. Na spotkaniach klienci nie chcieli rozmawiać po angielsku, woleli po niemiecku. A nawet żeby rozmawiać z nimi łamanym niemieckim, niż płynnym angielskim. Jeden powiedział też, że może współpracować z nami tylko przy 10-15% wszystkich swoich projektów. Gdybyśmy mieli developerów z niemieckim, to umożliwiłby wejście w pozostałe. Coraz bardziej uświadamialiśmy sobie, że niemiecki jest ważny nie tylko na poziomie biznesowym, ale też i na poziomie samej realizacji projektów.

To dosyć duża bariera, bo nie da się ukryć, że większość programistów zna jednak angielski i na angielskim uczy się programować.

We Wrocławiu nie jest tak źle przez specyfikę miasta, które ma dosyć skomplikowaną historię i korzenie, i ten język gdzieś pozostał w naszym mieście. Poza tym wiele dużych firm z regionu prowadzi kilkumiesięczne kursy niemieckiego. W rozmowach z naszymi pracownikami, jak i kandydatami, mówię, że naszą misją jest to, że zastajemy Niemcy drewniane, a zostawiamy murowane.

Co to znaczy?

W większości pracujemy dla klientów, którzy nie współpracowali wcześniej z zewnętrzną firmą. Przeważnie korzystają ze starych bibliotek, nie korzystają z nowoczesnego procesu wytwórczego oprogramowania, nie znają Agile. Niemniej, Niemcy są bardzo zaawansowani w swojej technologii, są blisko sprzętu i mają taką mentalność, że jak coś działa, to lepiej tego nie ruszać. Jakość jest najważniejsza — dla nas także. Dlatego też ciężko im podjąć decyzję, aby przepisać stare aplikacje. Naszym zdaniem jest nie tylko pomóc, aby projekt realizować szybciej, ale także przetransformować firmę w nowoczesną firmę informatyczną.

Dlaczego? Wiele firm po prostu realizuje projekty i na tym kończy się ich współpraca.

Nie jesteśmy firmą, która po prostu realizuje to, czego oczekują na początku klienci. Chcemy mieć wpływ na produkt, generować pomysły, brać udział w całym procesie tworzenia. Jeżeli szukają kogoś, kto będzie z nimi pracował i angażował się w projekt, to jesteśmy my. Jeśli szukają tylko małp do kodowania, to lepiej w ogóle nie rozpoczynać współpracy.

Wszyscy Wasi pracownicy znają zarówno język angielski, jak i język niemiecki? Czy mogą przyjść kompletnie zieloni?

To zależy od projektu. Myślę, że angielski jest zawsze potrzebny, dlatego że zatrudniamy także obcokrajowców. Mogę sobie wyobrazić sytuację, że ktoś zna niemiecki, a nie zna angielskiego i też mógłby z nami pracować. Natomiast jeżeli chodzi o projekty, które prowadzimy, to około 60% wymaga znajomości języka niemieckiego. Poziom jakiego oczekujemy to minimum B1/B2.

Mieliśmy takie sytuacje, że ktoś miał poziom niższy, a miał długi okres wypowiedzenia. Wtedy proponowaliśmy intensywny kurs niemieckiego tak, aby do rozpoczęcia pracy po prostu sobie ten język podszkolił. W tej chwili uruchomiliśmy kurs języka niemieckiego dla całej wrocławskiej branży IT. Mamy dwie pierwsze grupy śmiałków spoza naszej firmy, które za 50 zł miesięcznie uczą się języka. Jesteśmy ciekawi ich opinii, ale myślę, że będziemy kontynuowali te zajęcia.

Jak wyglądają te kursy?

Są prowadzone na dwóch poziomach zaawansowania przez native speakera. Wiemy, że ważne jest to, aby przy nauce języka obcego móc rozmawiać z osobą, dla której to język ojczysty. Wtedy cała wiedza może zostać właściwie przekazana. W firmie prowadzimy dla pracowników także zajęcia z angielskiego. Rozwój jest dla nas bardzo ważny, więc cieszymy się, jeśli ktoś chce się uczyć zarówno języka, jak też technologii.

Dużo powiedziałeś o klientach z Niemiec i o specyfice pracy dla nich. Ich kultura jest jednak zgoła odmienna od naszej. Czy potrafiłbyś przygotować taki mini-poradnik o standardach dla programisty, który współpracuje z klientem z Niemiec? Wspomniałeś wcześniej, że nie lubią mówić w języku angielskim. A może jest coś jeszcze?

Każdy klient jest inny. Warto go poznać zanim zacznie się go oceniać. Często jego niechęć ze zmiany technologii ma głębsze podłoże i trzeba mu pomóc przezwyciężyć przeciwności. Najważniejsza jest jakość i stabilność. Jeśli je zapewnimy, to możemy zmieniać i unowocześniać to, nad czym pracujemy. Niemcy na pewno lubią współpracę długofalową i to nie tylko z klientem, ale i z danym zespołem programistów, dlatego też nieufnie patrzymy na kandydatów, którzy często zmieniają pracę.

Zaciekawił mnie rynek niemiecki, ale jeszcze bardziej to, dlaczego nie szukaliście klientów w Stanach Zjednoczonych. Nie byłoby prościej?

W Stanach Zjednoczonych jest inna strefa czasowa, co byłoby dla nas niebezpieczne, bo wtedy pracowalibyśmy 24 godziny na dobę. Druga sprawa to fakt, że kurs dolara nie jest tak atrakcyjny, jak kurs euro. Kolejna: lubię budować relacje z klientami i zawsze się z nimi spotykam, zanim zaczniemy współpracować. Przeważnie i klient przyjeżdża do nas, i my do niego. To bardzo ważne, szczególnie w pracy zdalnej. Co ciekawe, to sami klienci nalegają, by poznać nas bliżej. Służy to temu, by zamiast avatara na Slacku klient kojarzył konkretne twarze. Lubimy po prostu stabilną współpracę.

Dzisiaj w firmie zatrudniacie ponad 40 osób.

Już 50. Tylko w tym kwartale zatrudniliśmy 10 osób. Planujemy do końca zatrudnić jeszcze 20. Lubimy szybko rosnąć, ale też nie za szybko, aby nie zatracić relacji jakie mamy obecnie w firmie.

Jak wygląda proces rekrutacji w VM.PL?

W związku z tym, że chcemy utrzymywać bliskie relacje z klientami, to mają oni wpływ na to, kogo zatrudniamy. Sprawdzamy umiejętności techniczne i językowe, ale później przedstawiamy kandydata naszemu klientowi. Z drugiej strony, bardzo ważne jest dla nas, aby kandydat poznał klienta i zadał mu tak wiele niewygodnych pytań, ile uzna za stosowne. Kandydat ma się czuć dobrze w projekcie, nad którym będzie pracował.

W trakcie procesu dajemy też zadania do realizacji. Pomaga nam to w rozmowie rekrutacyjnej — dzięki temu możemy dowiedzieć się o czyimś sposobie myślenia. Chcemy sprawdzić jakość kodu, podejście, logiczne myślenie, ale przede wszystkim otwartość danej osoby – chęć do bycia zaangażowanym, a nie tylko po prostu kodzić, zamknąć komputer i wyjść. Szukamy kogoś z nastawieniem, aby dał coś z siebie i pomógł klientowi się rozwinąć.

Jak wygląda ścieżka rozwoju programisty w VM? Od czego zależy jej kształt i kierunek?

Wywodzimy się z PHP, Symphony i Angulara. Przez wiele lat funkcjonowaliśmy w tych dziedzinach i językach programowania. Organizujemy meetupy, zapraszamy znanych ludzi, często również nasi pracownicy są prelegentami na różnych spotkaniach. Wysyłamy naszych pracowników na konferencje i warsztaty — często jesteśmy ich sponsorami. Utworzyliśmy także ścieżkę managementową. Rozwój firmy daje jednocześnie duże możliwości rozwoju dla obecnych pracowników. Jeśli tylko chcą, mogą mieć udział w decyzjach podejmowanych przez zarząd i decydować o strategii firmy. Mogą nawet decydować o tym co zrobić z 15% zysku, który wspólnie wypracujemy.

Możesz powiedzieć nad jakimi projektami teraz pracujecie?

Nie zamykamy się na branże. W naszym portfolio mamy w tej chwili takie jak: edukacja, automotive, finanse. Tworzymy oprogramowanie do testowania autonomicznych samochodów, przekształcamy egzaminy państwowe z papierowego na elektroniczny, realizujemy system do zarządzania agencją interaktywną. Pracujemy też nad bardzo skomplikowanym systemem wspomagającym tłumaczy z różnych krajów. Automatyzujemy fabrykę, która chemicznie obrabia wafle półprzewodnikowe. Dzięki naszemu systemowi pracownicy nie muszą się zastanawiać, z której półki mają wziąć dany surowiec, tylko po prostu skanują te produkty. Rozpoczynamy nowe projekty, wchodzimy w SAP-a i Salesforce’a.

Sam zaczynałeś od bycia programistą, później byłeś liderem, a teraz CEO. Powiedz, co zaskoczyło Cię w tworzeniu software house’u?

Myślę, że najbardziej zaskoczył mnie proces pozyskania klienta. W Polsce zajmowało nam to mniej więcej pół roku. W Niemczech jest tak, że czasem rozmawiamy z klientami od półtora roku i dopiero zaczynamy współpracę. Dojście do poziomu zaufania, który budujemy z klientem, jest dużo dłuższym procesem, niż w przypadku projektów w Polsce. Bardzo lubię pracować z klientami niemieckimi, bo są dojrzali biznesowo. Muszę przyznać, że patrzą na mnie czasem nieufnie ze względu na to, że mając 36 lat, jestem od nich o kilkanaście lat młodszy. Wtedy muszę mówić, że jestem najmłodszy z zarządu i najmłodszy z udziałowców, ale firma istnieje 15 lat, więc naprawdę nie ma się czego obawiać. Mówię także, że mamy bardzo niską rotację pracowników, a z kolegami współudziałowcami pracujemy kilkanaście lat.

Jak chciałbyś, aby firma wyglądała za kilka lat? Jakie macie ambicje?

Chcemy być większą firmą, w której ludzie robią to, w czym czują się najlepiej. Liczbowo chcielibyśmy mieć około 120-150 pracowników. Kwotowo — zwiększyć przychody do 18 mln zł na 18-lecie firmy (teraz mamy 6 mln przychodu). Przed nami 3 lata i jesteśmy pewni, że to się uda. Mamy też nadzieję, że tak jak pomagamy klientom w Niemczech, jesteśmy w stanie pomagać klientom w innych krajach — na przykład we Francji, która uchodzi za równie zamknięty rynek, jak Niemcy.


Łukasz Borzęcki. Pasjonat Agile i zarządzania czasem (GTD). Uwielbia wdrażać nowe technologie i sposoby wytwarzania oprogramowania w Niemczech. Z sukcesem prowadzi VM.PL i planuje rozwój firmy, zarówno finansowo, jak i kadrowo. Prywatnie szczęśliwy mąż i ojciec 3 synów.

Patronujemy

 
 
Polecamy
W 2,5 roku od junior PM do Managera IT. Historia Magdaleny Bogdał z Netguru