Wojtek Zając w wieku 16 lat stworzył dla Biza Stone’a m.in. front-end Twittera, który funkcjonował od 2006 do 2010 roku. Przez te lata zrealizował jeszcze kilkanaście zleceń, aktualizacji portalu, a z jego projektu Twittera korzystało miliony użytkowników na całym świecie.

Dziś Wojtek jest Lead Front-End Engineerem i pracuje dla australijskiej firmy X-Team, która odnajmuje pracowników zewnętrznym firmom. Opowiedział nam o swojej ścieżce kariery, jego zdaniem najlepszej drodze rozwoju dla developerów oraz podróżach, które są nieodłączną częścią jego pracy. Z poniższej rozmowy dowiecie się też, jak to się stało, że w wieku kilkunastu lat stworzył front-end dla wtedy mało znanego portalu społecznościowego.

— Od Biza Stone’a i Evana Williamsa dostałem makiety Twittera, moim zadaniem było ich pocięcie i zakodowanie — mówi Wojtek Zając. Z Twitterem współpracował 3 lata, a potem długie godziny spędzał nad projektami dla telewizji FOX w Los Angeles, do siedziby której często latał z Krakowa. Zatrudniał developerów, prowadził biuro, ale też zarządzał 15-osobowym zespołem.

Wojtek Zając od 12 lat pracuje dla jednej firmy, co jest dość nietypowe w świecie programistów. Dlaczego nie zmienił pracodawcy, mimo setek propozycji pracy? Tego dowiecie się z poniższego wywiadu, którego Wojtek udzielał podczas podróży po świecie, z kawiarni w Brazylii.

W wieku 14 lat zrealizowałeś pierwsze w życiu płatne zlecenie. Pamiętasz jeszcze ten projekt?

Pierwsze projekty pozyskałem ze stron pośredniczących, czyli freelancer.com, wtedy nazywała się chyba getafreelancer.com, a na pierwszym zleceniu przejechałem się. Klient z Turcji zamówił projekt, wykonałem go na czas, zbliżał się termin przekazania kodu i zapłaty. Zwlekał z przelewem, ale na szczęście nie popełniłem błędu i powiedziałem, że prześlę wszystkie pliki dopiero wtedy, kiedy przyjdzie wynagrodzenie. Nie przyszło, więc projektu nie wysłałem. Z jednej strony pierwsze zlecenie było niepowodzeniem, bo klient chciał mnie oszukać, ale z drugiej — on tych plików też nie dostał. Kolejne projekty były już ok.

Od początku pracowałeś z zagranicznymi klientami? Dlaczego?

Taką decyzję podjąłem mniej więcej w 2005, 2006 roku. W poprzednich latach, czyli 2003 – 2005 bardzo intensywnie działałem w polskiej społeczności front-endowej. Byłem aktywnym użytkownikiem grup dyskusyjnych (usenetu) i for internetowych takich jak forum.webhelp.pl. Wraz ze znajomymi z IRCa założyłem wtedy dwa spore portale, gdzie tworzyliśmy poradniki i tipy dla programistów – jednym z nich był WebOvers. Pomagałem początkującym webmasterom rozwiązywać ich problemy i na pewno dzięki temu sam dużo się uczyłem, ale już wtedy zwróciłem uwagę na to, że skala polskiego rynku jest mała i to niepotrzebne ograniczenie. Zostawiłem więc polskie fora i skupiłem się na rynku anglojęzycznym.

To był okres szkoły średniej?

Jak zacząłem realizować pierwsze zlecenia, to byłem jeszcze w gimnazjum, choć do szkoły poszedłem rok wcześniej. Myślę, że wtedy realizowałem około dwóch zleceń na miesiąc, zazwyczaj były to trochę większe projekty, często chodziło o pocięcie grafiki.

Jak dowiedziałeś się o rekrutacji do australijskiej firmy X-Team?

Motorola od lat organizuje ogólnopolski konkurs „Diversity”. Edycja, do której dołączyliśmy, odbyła się w 2005 roku, a jej zadaniem było stworzenie strony internetowej w temacie „świat bez słów”. W moim liceum w Trzebini – miejscowość ta liczy ok. 20 tys. osób – zebrałem czteroosobowy zespół, poprowadziłem go i stworzyliśmy stronę internetową poświęconą niepełnosprawności. Dostaliśmy się do finału, podczas którego poznałem znajomego właściciela X-Teamu w Australii. Od razu znaleźliśmy wspólny temat do rozmowy, bo byliśmy zorientowani jeśli chodzi o web standards.

Zakumplowaliśmy się, polecił mnie właścicielowi firmy, a wtedy X-Team raczkował, liczył może 5 osób. Poznałem się z właścicielem, chwilę porozmawialiśmy, zrobiłem testowy projekt i w okolicy czerwca 2006 roku zacząłem regularnie pracować z X-Teamem. Początkowe lata w firmie, to było bardzo dużo krótkich zleceń. To były też lata, kiedy nabierałem doświadczenia, bo po prostu dziennie produkowałem naprawdę dużo kodu. Robiłem kilka projektów w ciągu tygodnia razy kilka lat. Myślę, że zrobiłem 100, 200 projektów, jeden po drugim. To były pierwsze lata, potem się przekształcaliśmy i realizowaliśmy coraz większe zlecenia.

Jak wyglądała sama rozmowa rekrutacyjna do X-Teamu?

Zamieniliśmy kilka słów, ale myślę, że najważniejszy był projekt testowy. Dostałem design do pocięcia. Właścicielem firmy jest Dave Rosen, a druga osoba techniczna sprawdzając moje zadanie stwierdziła, że nadaję się do pracy.

Nie mieli problemu zatrudnienia kogoś do pracy zdalnej i to jeszcze z innego kraju?

X-Team przez prawie cały czas nie miało biur, od samego początku była 100% remote. Właścicielem był Australijczyk, ale jakby druga osoba w firmie, Stan, CTO w tych czasach, pracował ze Słowacji. Reszta ówczesnych pracowników była rozsiana po całym świecie, m.in. w Stanach Zjednoczonych, ale też w Europie. Wszyscy pracowaliśmy na Basecampie i tam trzymaliśmy nasze projekty, a rozmawialiśmy na Campfire, czacie od 37signals.

Jestem ciekaw, jak szybko rósł poziom Twoich umiejętności. W jaki sposób wtedy zdobywałeś wiedzę?

Generalnie mam cały czas kopię zapasową tych moich projektów z dawnych lat. W sieci są dostępne inne materiały, np. prezentacja, którą dałem w Warszawie w 2006 roku na temat web developmentu. Mogę powiedzieć tylko tyle, że nie wstydzę się jakości kodu, który pisałem. Ważne było na pewno też, że mocno udzielałem się w community, a to zawsze jest wartościowe.

Kiedy rekrutowałem ludzi, to zwracałem uwagę na to, czy osoba jest aktywna w społeczności. Moje ulubione pytanie, które zadawałem podczas rekrutacji brzmiało: skąd czerpiesz wiedzę. Jeśli ktoś powiedział, że czyta polski portal z przedrukami zagranicznych newsów, to już było dobrze, ale taką odpowiedź traktowałem pół na pół. Jeśli jednak ktoś czerpał wiedzę np. z postów na Twitterze kluczowych kontrybutorów bibliotek, to wiedziałem, że dla tej osoby praca to pasja. Dla mnie zawsze ważnym czynnikiem było to, by osoby, z którymi współpracuję pasjonowały się pracą.

Czasami nawet zauważenie takiej pasji w ludziach, jest ważniejsze niż sama wiedza, bo pasja to informacja o tym, że dana osoba zawsze będzie chciała wiedzieć więcej, uczyć się, być lepsza. Jeśli ktoś ma wiele lat doświadczenia, ale nie stara się być na bieżąco, to jest to spory minus. Bardzo ważna jest więc samodzielna chęć rozwoju. Myślę, że sam fakt, że wtedy byłem aktywny w społeczności też był ważny w mojej rekrutacji i był też dodatkowym czynnikiem za moją osobą, oprócz próbki kodu, który musiałem dać.

X-Team to międzynarodowa firma, całkowicie zdalna. Tym bardziej ciekawi mnie, w jaki sposób pozyskała zlecenie od Biza Stone’a? CEO był z Australii, druga osoba — bardziej techniczna — ze Słowacji.

Pozyskanie zlecenia dla Twittera było dość proste. Wcześniej pracowaliśmy nad innymi projektami od Biza, które stworzył, np. Trazzler. Biz Stone był zadowolony ze współpracy, wykonaliśmy więc dla niego kilka projektów. Później był Twitter – przyznam, że nie spodziewałem się sukcesu tego projektu, bo szczerze mówiąc zrobiłem go w kilka dni pod koniec 2006 roku. Dopiero po kilku miesiącach z newsów dowiedziałem się, że stał się bardzo popularny. Wtedy też dostawaliśmy więcej zleceń dotyczących Twittera, byliśmy odpowiedzialni za jego front-end do 2010 roku. Dostawaliśmy mockupy do pocięcia, wytyczne i wykonywaliśmy te projekty.

wojtek zając twitter

Dlaczego na początku nie wierzyłeś w Twittera?

To nie tak, że nie wierzyłem. Zrobiłem go tak jak każdy inny projekt. Nikt chyba nie spodziewał się, że odniesie taki sukces, łącznie z jego twórcami. A potem, jak zobaczyliśmy skalę zainteresowania, to byliśmy zaskoczeni.

Możesz powiedzieć, jak Twitter wtedy wyglądał? Dużo się zmienił?

Jest zachowane kilka rzeczy: logo i design, mechanizm działania też. Myślę, że zaskakująco dużo rzeczy zostało zachowanych. Ostatnio zwiększył się limit liczby znaków, ale praktycznie wszystkie główne funkcjonalności zostały takie same. We wczesnych latach Twitter bardzo mocno opierał się na SMSach. Użytkownicy wysyłali z poziomu telefonu krótkie wiadomości pod jeden numer, dzięki temu można było dostawać tweety od innych. Limit 140 znaków pochodził właśnie od SMSów. A inne profile można było subskrybować. Pamiętam, jak dostawałem SMSy o tweetach innych osób.

Gdy użytkownik napisał coś na Twitterze, to „subskrybent” dostawał SMSa?

Dokładnie. Model obserwowania osób był rewolucyjny. Twitter był jednostronny, polegał na tym, że mogłeś kogoś obserwować, a ta osoba niekoniecznie obserwowała Ciebie. Odwrotne podejście do Facebooka, co świadczyło o potencjale Twittera. Dużo znanych osób zaczęło z niego wtedy korzystać: politycy, sportowcy, celebryci. Druga rzecz to sam koncept hashtagów. Teraz nie potrafimy żyć bez nich, a wyobraź sobie, że zostały one zaprojektowane w Twitterze. Koncept hashtaga wymyślił Chris Messina, którego miałem okazję spotkać.

Jak od środka wyglądała współpraca z Twitterem? To były tylko krótkie zlecenia?

Pomiędzy 2006 a 2009 roku dostawałem kilka razy w roku do zakodowania aktualizację Twittera. Żebyś lepiej zrozumiał: w X-Teamie mieliśmy taki system, który działa do tej pory, jeśli np. ktoś od początku realizował zlecenia dla danego klienta, to zostawał przy nim do końca. Dzięki temu zlecenia dot. aktualizacji layoutu trafiały zawsze do mnie. Przez te lata Twitter działał na podstawie projektu mojej realizacji. W 2009 roku powstał nowy landing page, dużo prostszy i też go zakodowałem, z czego byłem trochę dumny, bo Twitter był wtedy bardzo znany.

W tamtym czasie bardzo interesowałem koncepcją Semantic Web, wykorzystywałem w swoich projektach technologie takie, jak mikroformaty, czyli sposób oznaczania w HTMLu danych tak, by mogły być później łatwo przetworzone przez wtyczki przeglądarek, wyszukiwarki internetowe itp. Wtedy to był niszowy temat i byłem bardzo podekscytowany, że mogę zaimplementować podobne niszowe technologie na dużą skalę na stronach takich jak Twitter.com czy FOX.com. Teraz temat mikroformatów troszeczkę umarł i w podobnym celu używa się Structured Data i Schema.org.

Do 2010 roku to co każdy użytkownik na świecie widział w Twitterze, wyszło spod Twoich rąk. Jak to się stało, że przestaliście współpracować z Bizem?

W następnych latach nadal współpracowaliśmy z Twitterem, ale już w dużo węższym zakresie – globalnymi notyfikacjami e-mail. Kodowali je głównie Patrycja i Jacek Polak, moim zdaniem jedni z najlepszych specjalistów dot. newsletterów na świecie. Wyjątkowo trudne jest stworzenie e-maila tak, aby nie tylko poprawnie wyświetlił się w każdym popularnym kliencie poczty, ale nawet pokazał podstawowe ramowe kształty na wypadek zablokowania obrazków.

Dlaczego nie współpracowaliśmy z Twitterem dłużej? Z prostej przyczyny – Twitter pozyskał duże finansowanie, właśnie na zatrudnienie nowych osób, by robiły tego typu rzeczy. W okolicach 2009/2010 powstał redesign Twittera, do którego się już nie przyłożyłem. Co ciekawe, po tym redesignie i na podstawie wewnętrznych projektów firmy, część zespołu Twittera stworzyła później Bootstrap.

Twitter nie chciał Cię zatrudnić?

Miałem taką opcję, ale z jednej strony X-Team ma taki kontrakt, który ogranicza klientom podkradanie pracowników, z drugiej byłem bardzo młody. W 2008/09 roku miałem 18,19 lat, przyjechałem do Krakowa na studia i nie byłem gotowy na to, żeby się przeprowadzić. Dla mnie model współpracy z X-Teamem, który polegał na tym, że załatwiał mi dostęp do klientów, był atrakcyjny. Miałem czas spokojnie się rozwinąć. Nie byłem wtedy pewny, czy skok na głęboką wodę byłby rozsądny. Zawsze byłem wielkim fanem zrównoważonego rozwoju, w każdym rodzaju umiejętności – nie tylko technicznym.

Myślisz, że na tamtym etapie rozwoju, praca w Twitterze spowolniłaby Cię?

Faktycznie współpracuję przez tyle lat z jednym pośrednikiem, ale prawda jest taka, że to jest odwrotność stagnacji. W X-Teamie pracujemy okresowo z tak dużą ilością klientów i zleceń, że te zmiany bardzo pchają do przodu i wymuszają ciągłą naukę. Inaczej, gdy praca w jednej firmie oznaczałaby długi rozwój pojedynczego projektu – wtedy często ludzie wpadają w „strefę komfortu” i wolniej przyswajają wiedzę. Rozwój umiejętności jest więc mocno uzależniony od rodzaju firmy. Dodatkowo praca zdalna pozwala na o niebo lepszą elastyczność i work-life balance niż korporacje typu Twitter.

Dosyć nietypowe jest to, że pracujesz w tej samej firmie przez tyle lat. Nie wierzę, że w tym czasie nie dostałeś innych propozycji.

Dostaję mnóstwo takich ofert i możliwości, a w pewnym okresie musiałem usunąć LinkedIna z telefonu, bo dostawałem zbyt dużo propozycji pracy. Jednym z głównych powodów, dlaczego cały czas pracuję w X-Teamie jest to, że ciągle się rozwijam. Miałem cały przekrój obowiązków: od każdej strony, zaczynając od początków życia projektów, po wszystkie kolejne ich etapy. Prowadzenie oddziału firmy, zatrudnianie pracowników, kontakt z klientem, tworzenie standardów firmowych, zarządzanie zespołami od kilku do kilkunastu osób, zarówno biurze, jak i rozlokowanymi w różnych miejscach.

Poleciłbyś tę drogę juniorom, dla nich lepszy jest software house, startup czy korpo?

Na każdym etapie kariery, ale szczególnie na początku poleciłbym skupienie się przede wszystkim na rozwoju. Kiedy w moim biurze porównywałem zatrudnione osoby pracujące wcześniej w korporacji z tymi, które pracowały w małych firmach lub jako freelancerzy, widziałem kolosalne różnice. Moim zdaniem etap wybierania pracy – w korpo czy w software housie – to ważna decyzja w życiu. Zależy ona od tego, czego oczekujesz.

Nie jestem fanem wielkich firm, one często spowalniają rozwój, powodują, że nie rozwijasz się, trafiasz do bańki bezpieczeństwa i w niej zostajesz. Zdecydowanie polecam dołączenie do startupów, bo dają możliwość zapoznania się z pracą z różnych stron, poznania wielu kompetencji, które później na pewno się przydadzą. Uczy to nawyku ciągłego rozwoju. Moim zdaniem ścieżka dołączenia do małej firmy jest dużo lepsza, niż bezpieczne środowisko korporacji.

Do Xfive (byłej filii X-Teamu) zatrudniłeś kilkunastu developerów. Możesz powiedzieć, jak wyglądał przeprowadzany przez Ciebie proces?

Po skończeniu liceum miałem to szczęście, że znalazłem kierunek, który mnie zaintrygował – Elektroniczne przetwarzanie informacji na UJ. To odpowiednik zagranicznych programów HCI, który idealnie mi odpowiadał. Co prawda zakres programowy już wcześniej znałem, ale w tym samym czasie właściciel firmy z Australii zaproponował mi, żebym założył biuro w Krakowie, więc studia mogłem wykorzystać do poszerzenia siatki kontaktów. Mając 20 lat na drugim końcu świata otrzymałem ogromną dozę zaufania; nie miałem doświadczenia jeśli chodzi o zarządzanie ludźmi i firmą, od zera uczyłem się administracji. Krótko po rozpoczęciu studiów otworzyłem oddział i kontynuowałem pracę.

A jak wyglądała sama rekrutacja? Wynająłem “biuro na godziny” na dwa dni, by zaprosić na rozmowę wyselekcjonowane wcześniej osoby. Trochę pomógł mi współpracownik z Portugalii, który miał doświadczenie w ocenie kompetencji miękkich. Kilku osobom, po rozmowach, zaproponowaliśmy współpracę. Po ustaleniu szczegółów wybraliśmy biuro, które moglibyśmy na długi okres wynająć. To czteroletnie doświadczenie bardzo wiele mnie nauczyło.

Wiesz może, dlaczego Twój szef chciał otworzyć filię właśnie w Polsce?

Nie jest tajemnicą, że mamy w kraju świetne zaplecze bardzo zdolnych i pracowitych ludzi oraz wiele uniwersytetów technicznych. Osobiście wydaje mi się, stosunkowo mało nasycony w tamtych czasach lokalny rynek – a szczególnie mała ilość firm pracujących w środowisku anglojęzycznym – spowodował, że udało nam się zatrudnić świetnych specjalistów. Niektóre z tych osób zresztą nadal są w firmie siostrzanej dla X-Teamu, Xfive. To, plus niższe koszty życia na miejscu oraz stosunkowo dobra znajomość angielskiego młodych ludzi są nie do przecenienia.

W Polsce wiele osób zamiast studiów wybiera szkoły programowania, bootcampy. Twoim zdaniem to dobry sposób na naukę, lepszy niż studia?

Faktycznie, wiele osób ma potrzebę być poprowadzona za rękę i nie potrafi znaleźć siły osobiście. Potrafię to zrozumieć – zdarzyło mi się mentorować kilka osób, które nie miały pędu do zdobywania nowych informacji i samodzielnej nauki. Spotkałem się nawet z podejściem, że te osoby wolą pójść na bezpłatny staż i pracować pod dyktando innych, czemu nie mają nic przeciwko, bo potrzebują, by ktoś przydzielił im zadanie i pilnował, by skończył je w terminie. Moim zdaniem lepszym rozwiązaniem są już video kursy online. Wiele z nich wprowadza gamifikację, co daje świetne efekty. Uczymy się też niezależności. Stąd bardziej polecam ten kierunek.

Jeśli chodzi o bootcampy, to wiem, że mają różny poziom kształcenia, ale ogólnie moje zdanie jest pozytywne. Niektóre z nich mają bardzo rozsądną listę materiałów i doświadczonych prowadzących. W Stanach część z nich pozwala nawet na płatność dopiero po dostaniu pracy powyżej danego wynagrodzenia. Mocno zachęcam też do uczenia się poprzez kontrybuowanie do open source. Jednak na koniec dnia każdy sposób na naukę jest dobry tak długo, jak prowadzi nas do celu. Jeśli komuś nie wystarczają materiały dostępne w internecie i społeczności online, to niech się wspomagają kursami. Nie widzę w tym nic złego – najważniejsza jest konsekwencja. Kiedyś zrobiłem o tym prezentację.

Jesteś członkiem X-Outpost, macie rozpisany plan, z którego miejsca na świecie będziecie pracować w danym miesiącu. We wrześniu 2019 roku odwiedzicie Polskę, co pokażesz kolegom?

X-Outpost to inicjatywa w X-Teamie, w której wykorzystujemy to, że mamy pracowników w różnych miejscach na świecie, którzy mogą nas tam ugościć. X-Team dokłada się do takich podróży, najczęściej płaci za zakwaterowanie, a organizator zapewnia aktywności po pracy. Rzeczywiście, bardzo wiele wspólnych wyjazdów już mamy za sobą: od dużych miast w USA, przez Amerykę Południową, miasteczka w różnych częściach Europy, wspólną podróż koleją transsyberyjską do Władywostoku, pracę na wysepkach w Tajlandii po Australię.

I tak – od najbliższego roku – planujemy kolejne 12 miesięcy organizować wyjazdy, gdzie pracownicy mogą swobodnie do nich dołączać. Od Europy, przez Turcję, Azję Środkowowschodnią, RPA, aż po wielki finał w Polsce. Taki mamy wstępny plan. Oczywiście uczestnicy będą się zmieniać (tylko kilkoro z nas chce większość roku spędzać na walizce). Na koniec jesienią 2019 chcemy zorganizować wielki finał i zrobić podsumowanie całej akcji.

Dlaczego tak wielu z Was pracuje w trasie? Co daje podróżowanie?

Czasem pretekstem do tych wyjazdów są spotkania z klientami, np. niedawno organizowałem wyjazd do Stanów. Byliśmy w Bostonie, Chicago i Denver odwiedzając po drodze naszych klientów. Najczęściej jednak głównym celem jest zacieśnienie współpracy między współpracownikami. Pomimo tego, że wiele osób w X-Teamie pracuje niezależnie od siebie, chcemy żeby powstało community, które nieustannie się wspiera. Głęboko wierzymy, że praca zdalna to przyszłość.

Dla wielu z nas praca w nowych miejscach jest też receptą na naszą chorobę zawodową, czyli wypalenie. Technologie (szczególnie front-end) zmieniają się niesamowicie szybko, oprócz pracy klienckiej musimy dużo czasu spędzać na ciągłą edukację. Łatwo jest w ten sposób stracić zdrowie. Dla mnie osobiście zmiana otoczenia zawsze świetnie działa na motywację i dużo bardziej produktywny jestem w kawiarniach, gdy wokół mnie dużo się dzieje, niż w dowolnym biurze czy w domu (kiedy jeszcze nie stałem się digital nomadem).

Poza tym z pewnością przyjemniej pracuje się nam w grupie: często wynajmujemy domek, mieszkamy i żyjemy razem pracując np. w kawiarniach lub co-workach. Bardzo często są to ludzie z tego samego projektu i tylko podczas takich wyjazdów mogą się ze sobą spotkać. Klienci nie mają nic przeciwko, bo potrafimy nadal dostosować się do ich strefy czasowej i ciągle dołączamy na potrzebne spotkania, a dla coraz większej ilości projektów komunikacja asynchroniczna, a nawet tekstowa nie jest problemem. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni i doświadczeni na tyle, że potrafimy świetnie wykonywać swoją pracę nawet w podróży.

Teraz jesteś w Brazylii, również w ramach X-Outpostu?

Tak, akurat dzisiaj odłączyłem się od grupy, bo minęło 5 tygodni od mojego przyjazdu tutaj. Przenoszę się teraz do Dubaju na tydzień, samodzielnie. Ale w Brazylii spędziliśmy wiele dni na trekkingu, chodziliśmy z plecakami po kanionach, nocowaliśmy w namiotach. W poprzedni weekend byliśmy w Peru w dżungli amazońskiej. Jeszcze wcześniej nurkowaliśmy, lataliśmy na paralotni. Te większe aktywności staramy się skupiać wokół weekendu, żeby w tygodniu pracować, a w weekend aktywnie odpoczywać. Działa to świetnie.

Dlaczego według Ciebie brak biura nie jest problemem?

Praca zdalna jest fascynująca, bo ma tak wiele modeli działania.

Patrząc wstecz najwięcej projektów polegało na tym, że wszyscy członkowie zespołu – wraz z pracownikami klienta – byli rozproszeni, a komunikacja odbywała się w pełni przez internet (remote-first). Pracowałem też długo w modelu takim, że prowadziłem zespół w biurze, ale na kluczowe spotkania odwiedzałem zespół klienta w Los Angeles (multi-site teams). Teraz X-Team najczęściej podąża za modelem satellite workers, czyli wynajmuje pojedynczych zdalnych programistów, którzy włączają się do pracy z zespołami pracującymi fizycznie w siedzibach klientów.

Każdy z tych modeli determinuje zupełnie inną mechanikę zespołów. Mogłem to zobaczyć będąc na zmianę w biurach w USA i w Polsce. Obydwie strony miały o sobie bardzo mylne wrażenie. Stąd tak kluczowa jest umiejętność komunikacji, szczególnie niedoceniana wśród branży IT. Jeśli do tego dołożymy różnice kulturowe, bardzo łatwo o wiele nieporozumień. Bardzo chciałbym w niedługim czasie opisać moje doświadczenia w postaci książki, bo z biegiem czasu spodziewam się, że coraz więcej osób będzie pracowało zdalnie, a wciąż jest bardzo mało opracowań na ten temat. Część z naszych doświadczeń opisaliśmy już w tym przewodniku do pracy zdalnej.


Wojtek Zając jest kolejnym doświadczonym devem, który udzielił nam wywiadu. Zachęcamy do zapoznania się z innymi naszymi wywiadami dotyczącymi ścieżki kariery programistów na różnych poziomach doświadczenia.

Zapraszamy do dyskusji
Nie ma więcej wpisów

Send this to a friend