Pierwszą pracę testera dostałem już w klasie maturalnej. Historia Piotra Poletajew

Najpierw był Gamelion (dziś Huuuge), później wyjazd do irlandzkiego oddziału Apple, następnie prawie dwuletnia przygoda w Vivio World. Po tej pracy Piotrek wrócił na rok z hakiem do Polski, a później trafił do Skype. Dziś mieszka i pracuje w Sztokholmie. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od zajawki na komputery. Poznajcie Piotrka Poletajew, który dziś pełni funkcję Test Leada we &frankly.

Skąd Twoja zajawka na programowanie?

Przyszła naprawdę naturalnie. Zawsze lubiłem coś tam dłubać. Z kiepskim skutkiem próbowałem programować w podstawówce, w gimnazjum, w liceum. Na studiach nieco bardziej, bo musiałem. 

A skąd to zainteresowanie?

Zawsze komputer był w domu. Przynajmniej Commodore 64, ale był. I nie kurzył się. Chodził codziennie.

Stwierdziłeś, że poza graniem, warto przy nim coś pomajsterkować? Skąd to się wzięło?

Mieszkałem na wsi, w Steplicy. Teraz jest to miasto, a wtedy wieś. Znajduje się między Świnoujściem a Szczecinem. Tam nie było czegoś takiego jak helpdesk, nie było żadnego pana, który miałby przyjść, naprawić komputer. No i jak usunąłem partycję na swoim dysku, trzeba było sobie samemu poradzić. A że internetu nie było, to rozwiązywałem problem metodą „wszystkich kombinacji opcji po kolei”. Moją przewagą było także to, że znałem angielski, głównie ze względu na Cartoon Network, który był po angielsku w tamtych czasach. 

To zawsze sprawia, że dzieciom łatwiej wchodzi nauka.

I jakoś udawało mi się przetrwać, bo po prostu musiałem sobie z tym poradzić. Szczególnie jeśli chciałem pograć w Warcrafta II. Później ze względu na to, że pojawił się Quake 3, to założyłem klan i stronę klanową itd. 

Miałeś swoją własną gildię?

Wiadomo! Tak jak każdy nastolatek próbował jakieś swoje podrygi w tę stronę zrobić i ja miałem wielkie marzenia itd. A wtedy jeszcze e-sport nie był taki popularny, więc się wszyscy na osiedlu z nas śmiali, że komputery znosimy do jednego mieszkania. 

W twoim przypadku zagrała i pasja, i umysł ścisły. W tym kierunku poszedłeś na studia?

Tak. Poszedłem na Politechnikę Szczecińską, ale zrobiłem dropa po pół roku. Na politechnikę poszedłem zaocznie, ponieważ pierwszą pracę jako QA Engineer dostałem, będąc jeszcze w klasie maturalnej. To była przerwa po szkole, ale jeszcze przed maturą. Jest taki miesiąc luzu, a ja już dostałem pracę przy testowaniu gier na telefony komórkowe. 

Skąd zajawka na testera?

Tak właśnie wyszło, że moją pierwszą pracą było testowanie gier. Taki był model biznesowy firmy, że zatrudniali ludzi zajawionych. Zresztą game dev się takimi otacza. Dopiero w tej firmie nauczyłem się, co to jest przypadek testowy, jak dokumentować dobrze błąd itd. 

Uczyłeś się samodzielnie?

To nie jest skomplikowana praca i nie wymaga dużego wyuczenia. Jako tester manualny twój pierwszy dzień wygląda tak, że: „Siema, tutaj masz produkt do testowania” i dostajesz scenariusze testowe napisane przez kogoś innego. Łapiesz tym samym zaznajomienie z programem do obsługi scenariuszy testowych, egzekwując na nim testy… I to samo wchodzi. 

Jak wygląda taka lista zadań dla nowego testera?

Robisz punkt pierwszy – zaloguj się jako ktoś; punkt drugi – zrób to; punkt trzeci – zrób tamto. I tak wygląda twój pierwszy dzień pracy, tak wygląda drugi, tak wygląda cały pierwszy tydzień. Może po tygodniu znajdziesz nieścisłość, między tym co jest napisane w dokumentacji a tym, co jest w aplikacji. Kolega ci powie jak to z edytować. A jak już się nauczysz edytować ten przypadek, to jesteś oczytany z ilościami przypadków i umiesz je pisać. Jak czytasz je codziennie, to jednocześnie wiesz, jak je napisać. I tak to idzie. To nie wymagało jakiejś specjalnej wiedzy. Wtedy tak nie było, to był dziki zachód.

Czyli uczyłeś się sam, w międzyczasie grając w gry. Rozumiem, że zbyt wielkiej przyjemności z tego nie ma?

Na początku może nawet była. Być może inne osoby, które pracowały w tamtych czasach przy grach Java, mogą się do tego odnieść, ale jest taki moment, kiedy rano myjesz zęby i w głowie gra ci melodyjka midi, polifoniczna z gierki, na której pracujesz. Wtedy coś w tobie pęka i zaczynasz się zastanawiać, gdzie jest ta przyjemność, a gdzie praca?

Tak naprawdę testowanie gier wydaje się być czymś przyjemnym na samym początku, a później to wszystko wchodzi ci tak do głowy, jak scenariusz X odgrywany w głowie… Wracasz czasami do gier, które testowałeś?

To są gry na telefony komórkowe, które już dawno są martwe. Skończyło się na Symbianie, to moja ostatnia styczność. Później jeszcze siedziałem w iOS-ie, ale nie za dużo.

Ile pracowałeś w pierwszej pracy?

Do dwóch lat.

I jakie były te twoje początki? Czułeś to od razu?

Testowanie w ogóle nie było najmniejszym problemem. Problemem było odnaleźć się w środowisku. Nie miałem nawet 19 lat w tamtym okresie. Byłem tylko takim podskakującym i denerwującym chłopcem. Były takie dni, że musiałem tylko ładowarki do telefonów zwijać za coś, co odwaliłem. Ale przeważnie robiliśmy to całą ekipą i przynajmniej było śmiesznie.

A pamiętasz, ile wtedy zarabiałeś?

1650 złotych brutto w umowie o pracę na fulltime. Plus crunche za free. Crunche to praca po godzinach przed deadlinem, przed releasem. W grach jest tak, że bardzo duża ilość ludzi zna twój deadline, nawet jeśli jest to zwykła gierka na telefon komórkowy. Nawet wtedy jest jakaś ilość osób, które czekają na ten release. 

I nie można ich zawieść?

Nie można zawieść klienta, który to zlecił. 

Duże było to studio, w którym pracowałeś?

Wydaje mi się, że mogło tam pracować 150 osób pracować nawet. Dziś chyba działa pod inną marką.

Skąd pomysł, żeby pracować w Skandynawii?

To wyszło przypadkiem. Zanim tam trafiłem, to byłem dwa razy w Irlandii, a między tym w Warszawie.

Czyli po dwóch latach wszedłeś na jakiś poziom związany z testowaniem, wydawało ci się, że już wszystko wiedziałeś, czy na odwrót? 

Czułem się bossem planszy (śmiech). Jest taki wykres nawiązujący do tego, że wydaje ci się, że wiesz wszystko, a później wiesz mniej, aż ostatecznie wiesz, że nic nie wiesz (przyp. red. Efekt Dunninga-Krugera).

Tak było w twoim wypadku?

Tak, mogę to przyznać bez bicia. Na początku wydawało mi się, że wiem bardzo dużo, później jak zapoznałem się z jakimiś testami frameworków, automatyzacjami webów czy mobile’a, to zwątpiłem. Ale nadgoniłem.

A mógłbyś więcej o tym opowiedzieć? Po tych pierwszych dwóch latach, co ci się wydawało, że wiesz, a czego tak naprawdę nie wiedziałeś?

Samo testowanie jest teoretyczną pracą. Moim przekonaniem było, że byłem w stanie “przeklikać” wszystko, bo to nie jest wielka sztuka. Tylko że jeżeli ktoś zdobywa tę wiedzę na poziomie testowania gierek Java na telefony komórkowe, zamiast na przykład testować respiratory, to się te poglądy rozjeżdżają. 

Wróćmy teraz do naszej chronologii i przejdźmy krok dalej. W jakiej firmie wylądowałeś dalej?

Kolejną firmą, w której wylądowałem było Apple. 

To fajny przeskok dla 20-latka. Ze 150. osobowej firmy z Polski, która testowała gry na Symbianie.

Tak. Wylądowałem w siedzibie Apple’a w Irlandii, w miejscowości Cork na trzymiesięcznym kontrakcie. Wówczas takie trzymiesięczne strzały były jeszcze popularne. Nie wiem, jak to teraz wygląda. Rekrutacja na to wyglądała w ten sposób, że wysłałem maila poprzez społeczność myapple.pl. Kiedyś to było forum, ale nie wiem, jak to teraz wygląda. I tam ktoś wrzucił o tym informację z pytaniem: „Ciekawe kto to dostanie?”. I wszyscy fotografowie, i filmowcy zaczęli o tym dyskutować, a ja po prostu zaaplikowałem. W skrócie testowałem „copy”, przykładowo czy przycisk „poniechaj” mieści się w wykrojonym dla niego buttonie. To była bardzo prosta praca.

Proces rekrutacyjny wyglądał w ten sposób, że wysłałem CV, otrzymałem maila zwrotnego od agencji rekrutacyjnej. Oni ustawili czas, kiedy będzie rozmowa telefoniczna z menadżerem z Apple’a. Rozmawiałem z nim półtorej godziny na temat testowania. Pytał między innymi o to, co to jest test case i tego rodzaju dziwne pytania, których dzisiaj bym się nie spodziewał, że ktoś może o nie zapytać. Wydaje mi się, że po prostu się upewniał czy wszystko jest w porządku. 

Wtedy jeszcze nie było takiej mody jak dzisiaj na „maczki” i ciężko było znaleźć kogoś, kto w ogóle ma te dwie rzeczy. Czyli, że umie testować oprogramowanie i jest użytkownikiem Maca. Było tak, że branża IT była „pro-windowsowska” albo „pro-linuxowa”. Nie było tak, że co drugi programista latał sobie z MacBookiem jak dzisiaj. Widocznie to było egzotyczne, bo nic we mnie nie było takiego super, co by przekonało mnie, żeby mnie zatrudnić.

Skromny Piotrek, rozumiem.

Może nie skromny, ale staram się być szczerym. 

Czym brak skromności się objawia?

Nie wiem. W każdym razie. Miałem tę rozmowę i po tej rozmowie dostałem mailem bilety na samolot. W następnym miesiącu już tam byłem. Fajnie było w Apple’u. Ogólnie Irlandia jest bardzo fajna. Miałem apartament korporacyjny, który był bardzo “wow”. Tak samo praca. Ale warto podkreślić, że to były czasy, gdzie ogromne wrażenie zrobił na mnie kosz z owocami. (śmiech). Wtedy nie było to standardem, byłem w szoku. Dziwnie to człowieka podbudowało, jak to po raz pierwszy zobaczyłem.

Czy coś jeszcze zrobiło na Tobie wrażenie w Apple’u? Czy tylko te owoce?

Ogólnie bardzo fajnie się tam pracowało. Mieli bardzo wysoką kulturę pracy i spory porządek. Wtedy mi się to podobało, ale trzeba podkreślić, że była to zupełnie inna firma, niż jest dzisiaj. Wtedy akcje Apple’a chodziły po dziewięćdziesiąt dolarów, później przebiły tysiąc, a następnie zostały zdenominowane z powrotem do stu razy dziesięć, a teraz z powrotem są warte tysiąc. To była zupełnie inna firma. Wtedy jeszcze skupiała się na komputerach.

Czyli trzymiesięczny kontrakt w firmie, która ciebie zainspirowała. A czułeś, że chciałbyś zostać na dłużej?

Tak, ale byłem o wiele za młody. Może nie za słaby, ale wydaje mi się, że nawet wiek odgrywał tutaj rolę. Byłem szczylem, przez co uważam, że nie czułbym się dobrze w tym teamie. Byli tam bardzo profesjonalni ludzie, od których bardzo dużo się nauczyłem, ale jestem taki troll-żartowniś, więc długo byśmy się tam nie dogadywali. Został mój kolega i chyba do tej pory siedzi.

Czyli Apple na krótko, ale zapadło w pamięci.

Tak, zapadło w pamięci. To był taki fajny strzał. Jeśli ktoś kiedykolwiek by miał możliwość pojechania na takie trzymiesięczne albo sześciomiesięczne kontrakty, to polecam. Fajna przygoda.

Co było dalej?

Wróciłem do Polski i nie śpieszyło mi się ze znalezieniem pracy. Za granicą za mieszkanie nie płaciłem, wszystko miałem zapewnione, więc wróciłem do Polski bez dużego ciśnienia, żeby znaleźć pracę. I tak sobie rzutowałem w gwiazdy. Aplikowałem do Gadu-Gadu, Allegro… Myślałem: „A tutaj, wyślę, tu wyślę… No przecież mam Apple w CV! Proszę cię, 20 lat i byłem gorgeous!” (śmiech). Ostatecznie z marnym skutkiem. 

Byłem na rozmowie w Gadu-Gadu. Była całkiem interesująca i czułem się bardzo zchallenge’owany. Czułem, że ktoś chciał mi wtedy udowodnić, że wcale nie jestem taki super. Tylko jeden konkretny moment zapadł mi w pamięci. Była osoba techniczna i pani z HR-u. Jak zapytała się, ile chciałbym zarabiać, to powiedziałem, że chciałbym połowę stawki z Apple’a. Myślałem, że to było bardzo fair. Ale spotkało się to z ogromnym uniesieniem, kończąc rozmowę na nieprzyjaznej stopie, że tak to określę.

Czyli pani się zniesmaczyła.

Tak, pani się bardzo zniesmaczyła. Może to ja przerzutowałem, może pół to było za dużo.

A może powiedzieć, ile wtedy w Apple na trzymiesięcznym kontrakcie można było zarobić?

Jak się pracowało nadgodziny, to nawet 4 czy 4,5 tysiąca euro na rękę.

Czyli dałeś połowę tego. I w Gadu-Gadu to była praca w Szczecinie czy gdzie?

Gadu-Gadu było w Warszawie, ale aplikowałem na całą Polskę. Okazało się, że z tych dużych gwiazd to nic mi się nie udało ustrzelić, więc zaaplikowałem do Home.pl, gdzie dostałem pracę. Ale byłem tam tylko 2 tygodnie. Nie zdążyłem przejść etapu szkoleniowego nawet. 

Dlaczego tylko dwa tygodnie?

Pojawiła się lepsza praca i to dość szybko. Wiem, że to było słabe zagranie z mojej strony. Ale przez te dwa tygodnie mogłem już stwierdzić czy to jest miejsce dla mnie i doszedłem do wniosku, że w game devie będę się bardziej spełniał. Więc wróciłem do game dev. Wtedy były już czasy, że był Google One, pierwszy telefon z androidem: już był iOS, iPhone Touch i AppStore… I to było dla mnie ciekawe, szczególnie że wcześniej miałem doświadczenie z Apple i byłem obyty z tym ekosystem. Udało mi się więc dostać pracę i robić gierki na takich platformach.

I w tym miejscu zagrzałeś na dłużej?

Tam już troszeczkę posiedziałem. Nie wiem, czy firma wtedy zbankrutowała… Była jakaś akcja z inwestorem i nie do końca się w niej orientowałem. Dostałem wypowiedzenie razem z jednym kolegą. Później był nawet spór między pracownikami a pracodawcą, ale nie chciałem brać w nim udziału.

A kolejna firma?

Kolejna firma to była warszawska Polidea. Tam nastąpiło moje przeistoczenie z testera manualnego na featured testera automatyzującego. Był klient, który sobie zażyczył automatyzację aplikacji. Jako tester trafiłem do teamu i Kuba, ówczesny prezes Polidei powiedział: „Piotrek, chcesz się nauczyć automatyzować?” więc powiedziałem, że: „No pewnie!”. “Masz czas, żeby to zrobić. Jeśli potrzebujesz jakichś source’ów, cokolwiek… Wymyśl, jak chcesz to zrobić i zrobimy to tak, żeby zaczęło działać”. I zrobiliśmy tak, że to zadziałało. 

Miałem tyle czasu, żeby rozbić swoją głowę, działając metodą prób i błędów, że udało się coś zrobić. Oczywiście miałem duże wsparcie od programistów, którzy mnie w tym wspierali. Wiadomo, że na początku nie mogłem ustawić całego frameworku do automatyzowania. Dzisiaj to by było Apium albo Selenium, wtedy były inne. Koniec końców wyszło na to, że opanowałem jakiś framework, wiedziałem, jak się dłubie tę automatyzację i efekt był całkiem okej. A przynajmniej nie było tragicznie jak na pierwszy raz.

W międzyczasie dowiedziałeś się, że iPhone 4 wyszedł w czerwcu 2010, a iPhone 4S w 14 października 2011 roku. Czyli przeszedłeś wtedy na testera automatycznego i jak sobie z tym poradziłeś?

To nie jest przejście na drugą stronę lustra. Tutaj jest dużo odcieni szarości i ten proces nie jest taki, że przestajesz robić jedno i zaczynasz robić drugie. Często jest tak, że te obowiązki przez bardzo długo okres się ze sobą mieszają. Zwłaszcza jeżeli pracujesz na ograniczonej liczbie ludzi. Musisz wtedy sam udokumentować manualne testy, które później automatyzujesz. Są takie przypadki. Musisz przeklikać aplikację ręcznie, aby wiedzieć, co później zautomatyzować albo w jaki sposób. To się bardzo długo łączy. 

Jeżeli na przykład firma jest bardziej rozdmuchana i ma osobnych ludzi do pisania testów i osobnych ludzi do automatyzowania, to pewnie działa to wydajniej. Ale wtedy takie były czasy, że to wszystko się docierało. Nie było takich zaawansowanych narzędzi. Były takie frameworki jak PhoneMonkey bodajże i było bardzo dużo niedoróbek. Sam iOS był bardzo zamkniętym systemem, niewiele rzeczy dało się zrobić, typu podpinanie się pod wątki aplikacji itd. Przy zabezpieczeniach i restrykcjach to wymagało trochę ekwilibrystyki. 

Później zacząłeś myśleć o wyjeździe za granicę? Czy nigdy o tym nie myślałeś? Kiedy przyszła Szwecja?

Jesteśmy bardzo bliziutko. Z Polidei wystrzeliłem na trzy miesiące znowu do Irlandii na projekt. Tam pracowałem w firmie, która historycznie z tego co pamiętam, jest uznawana za pierwszą firmę, która zaczęła produkować spirometr. Chyba nawet wynalazca spirometru ją założył. Nazywała się Vitalograph Ltd. Tam testowałem narzędzie, które mierzy wpływ na płuca po zażyciu danego leku. 

Jak się testuje takie rzeczy?

Miałem cały stack technologiczny przed sobą. Komputer z obsługą i narzędzie. Ogólnie program był bardzo prosty, ponieważ dmuchało się do ustnika i sprawdzało się prędkość wylotową powietrza oraz wolumen, sprawdzający objętość płuc. Tylko że program do swoich wykresów brał pod uwagę płeć, rasę, wzrost, wagę i tworzył optymalne linie, po których to powinno iść według założeń. Więc na dobrą sprawę, bardzo prosty program. Ale żeby wyniki z niego były uznane w Stanach, musiała być bardzo misternie przyrządzona dokumentacja o tym, co było przetestowane. 

Czyli trzeba było zawrzeć dokumentację testową oraz z przebiegu testu. Wraz ze screenshotami na każdy przypadek, więc jeżeli chciało się przetestować np. mężczyznę z Azji, który ma 1,60 m i 60 kg, to robiło się ten przypadek. Jeżeli miał 61 kg to robiło się drugi przypadek. Jeżeli miał 62 kg to kolejny, itd. Jeżeli chodzi o skilla, to nie ma tutaj trudnych rzeczy, ale jest dużo rzeźbienia. Trzeba było wiedzieć, co się robi. Takich przypadków testowych nie było, trzeba było je zaprojektować. 

Jak się w tym odnalazłeś? To w końcu zupełnie inna bajka. Wychodziłeś z założenia, że robisz coś unikalnego, czy chciałeś się odkleić od testowania tych rzecz, które miałeś dotychczas? A może po prostu bardzo dobrze płacili?

Tak, dokładnie. Takie strzały zawsze były bardzo lukratywne. Wtedy w Polsce jeszcze nie było tak, jak jest dzisiaj. Człowiek myślał inaczej. Pewnie dzisiaj stawki są takie same za te strzały, więc mniej atrakcyjne dla kogoś, kto już ma jakąś pozycję. 

Wtedy tester manualny zarabiał 2,5-3 tysiące złotych netto mieszkając w Warszawie. A na takim wyjeździe mógł zarabiać 2,5-3 tysiące euro. A przy tym miał zapewnione za darmo mieszkanie i przelot. Musiał tylko kupić sobie jedzenie i tyle.

To rzeczywiście spora różnica. To był kolejny „krótki strzał”. A co po tych trzech miesiącach?

Pod koniec tego wyjazdu znalazłem e-mail od rekrutera z agencji, która pracowała dla Microsoftu na temat rekrutacji w Skypie. Trafił on do spamu, ponieważ koleś miał na nazwisko Gambling (śmiech). Nie jest to najlepsze nazwisko dla kogoś, kto chce być head hunterem. Zauważyłem go dopiero po tygodniu. 

Ale i tak sprawdzasz ten spam ze sporą regularnością.

Od tamtej pory raz na tydzień (śmiech). Patrzę po topicach, czy jakiś samorodek się tam nie kryje. Wracając do tematu, to od razu przystąpiłem do procesu rekrutacyjnego. Tam naprawdę nie było o czym myśleć, bo nic mnie nigdzie nie trzymało. Wyglądał on następująco: miałem szybką rozmowę z tym Douglasem, o pracy i o firmie. A następnie było osiem rozmów rekrutacyjnych na Skypie. 

Czemu aż osiem?

To jest bardzo dobre pytanie. Pierwszy to wstępny interview z jedną osobą, później był z członkami teamu. W Microsofcie była wtedy taka polityka zatrudniania, że każdy, z kim będziesz pracował, musiał ci powiedzieć „Tak”. Więc trzeba było z każdym pogadać, przekonać do siebie, zaprezentować… Następnie po tym, był test task. W tym przypadku makieta aplikacji do iOSa na Xcode. Był to sam panel logowania, który raz na jakiś czas zwracał error, informujący, że nie można się zalogować. I trzeba było to zautomatyzować, powtórzyć test ileś razy i zrobić statystykę, ile procent się zwraca ten błąd. 

Co było najtrudniejszym wyzwaniem podczas tej rekrutacji?

Wydaje mi się, że to zadanie techniczne. Jak teraz o tym mówię, to brzmi prosto. Dla współczesnego testera automatyzującego nie byłoby to żadnym wyzwaniem, nawet jeśli zrobił kurs jednodniowy na Udemy. To było proste ściąganie kilku labelek i oddziaływanie na nich. Teraz to taki no-brainer i można powiedzieć: „A co to za wielki tester. Przecież to proste”. Ale wtedy nie było tych resource’ów. I jeżeli ktoś umiał sobie bez tego poradzić, to trafił w odpowiednie miejsce. 

To, plus osiem rozmów, wystarczyło. Powiedziałeś, że każdej z ośmiu osób musiałeś podpasować. Czy to znaczyło, że wtedy kładą na kwestie miękkie czy one były w tle?

Kwestie miękkie były w tle. Te rozmowy dotyczy bardziej tego, co się robiło wcześniej, czy to jest ciekawe bądź inspirujące i co kandydat może wnieść do drużyny. Nie chodziło o to, żeby dodać kolejne moce przerobowe, które będą automatyzować kolejne testy. Wtedy był taki czas, że w Skypie w ogóle nie było automatyzacji. A ja byłem zatrudniony po to, żeby zbudować framework do testowania. W tym efekcie Krugera-Dunninga byłem na samym dole i poleciałem trochę z motyką na słońce. Ale dzięki Bogu wtedy zaczęło to bardzo szybko ruszać. Pojawiły się frameworki typu Frank i były lepsze od tych, które znałem. Więc trafiłem do bardzo dobrego miejsca, w bardzo dobrym czasie. Te narzędzia zaczęły się pojawiać praktycznie miesiąc po tym, jak zostałem zatrudniony, więc miałem jakiś zalążek czegoś, co mogliśmy robić. To się później przełożyło na to, że prowadziłem cały team automatyzujący Skype na iOSa. 

Czyli utworzenie całego frameworka od znalezienia w spamie człowieka o nazwisku Gambling. Ile ta praca trwała?

Prawie cztery lata. Coś około czterech lat. I przez te cztery lata naprawdę dużo fajnych rzeczy się działo. Jeśli mogę przytoczyć. Nie wiem, czy kiedykolwiek używaliście Skype’a na telefonie komórkowym. On bardzo lubił jeść baterię. Więc chcieliśmy jakoś zaadresować ten problem i pojawiło się pytanie: „Jak to w ogóle zmierzyć?” W tamtym momencie wyszło, nie tylko to, co w takiej firmie trzeba robić, ale w jakim pokręconym teamie trzeba być, żeby te rzeczy osiągać. 

Mieliśmy zmierzyć baterię, a wtedy jeszcze nie było tej opcji w Xcodzie do mierzenia poboru mocy. Teraz jest wszystko fajnie i elegancko. Można sobie to sprofilować i się pokazuje. Ale wtedy tak nie było, a musieliśmy sobie z tym poradzić, bo były wobec nas wymagania… Były commitmentsy od managmentu, że to będzie poprawione albo zrobione o tyle i tyle procent. Więc trzeba było to zrobić. A kreatywny pomysł polegał na tym, że wzięliśmy klatkę Faradaya i wrzuciliśmy do niej router. Wzięliśmy iPhone’a, wyjęliśmy z niego baterię, wrootowaliśmy się do iPhone’a takim sterowanym USB narzędziem, które było w stanie podać linię zasilania o określonym natężeniu i napięciu prądu. Do tego było w stanie mierzyć, ile amperów zjadło dane urządzenie i wygenerować z tego plik XML, który później można wyrenderować. Więc wsadziliśmy te wszystkie urządzenia do klatki Faradaya, a to był overkill na maksa. 

„Overkill na maksa, ale unlimited budget, so just do it” – no to okej! I zrobiliśmy taką akcję, że co godzinę budował się najnowszy build, wrzucaliśmy go na urządzenie i leciał godzinny scenariusz. Taki sam, za każdym razem. „Zadzwoń tutaj”, „Odbierz wiadomość wideo”, „Wyślij wiadomość obrazkową”, „Dostań pusha”, „Wyślij pusha”… Po prostu za każdym razem taka sama sekwencja. Mieliśmy też farmę botów, które odbierały, dzwoniły, pisały wiadomości itd. To wszystko było sterowane. Robiły to przez godzinę i po godzinie był renderowany kolejny bloczek w wykresie, który pokazywał, jak z każdym buildem leci battery health. I widzieliśmy przykładowo, że w ostatniej godzinie ktoś coś scommitował, co mocno wpływało, na przykład 5%. Dzięki temu udało nam się wywalczyć 20%. 

Zapraszamy do dyskusji

Patronujemy

 
 
More Stories
Programowanie to nie podróż w kosmos. Historia Bartka Nowaczyka