Panorama Houston

Różnorodność doświadczeń jest podstawą do rozwoju zespołu. Historia Szymona Balickiego

Jak wygląda stereotypowy początek każdego specjalisty od IT? Czy jest to historia chłopaka z silną wadą wzroku, w swetrze, który dorywa się do komputera ojca i zostaje programistą? Nie w przypadku Szymona Balickiego, który zaczął tę przygodę od stworzenia własnego robota, aż ostatecznie został Senior Software Developerem w Teksasie.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z programowaniem? 

Początek tej przygody wziął się z zainteresowania elektroniką, zrodzonego po obejrzeniu filmu “Short circuit”.  Johnny 5 wywarł na mnie na tyle silne wrażenie, aby ukształtować cały szereg decyzji w późniejszym życiu. Od tamtej chwili marzyłem, by zbudować własnego robota, który woziłby mnie do szkoły i się ze mną bawił. Postanowiłem wtedy, że gdy dorosnę, zrobię sobie podobnego.

W moim sąsiedztwie był sklep elektroniczny. Jako 7-latek, często tam chodziłem podziwiać elementy elektroniczne. Największe jednak wrażenie robiły na mnie plansze z kolorowymi LED, migające w ustalonej sekwencji. Nie potrafiłem pojąć zasady działania tak efektownego zjawiska, więc poprosiłem o wyjaśnienie mojego tatę. Dowiedziałem się, że aby osiągnąć taki rezultat, najlepiej wykorzystać do tego układ scalony (mikrokontroler), który można zaprogramować, tak aby diody migały po kolei. Wtedy pierwszy raz zetknąłem się z abstrakcyjną ideą “programowania”, które mówiło elektronice, co ma robić. Po drodze do nauki programowania było wiele pobocznych tematów. Dużo elektroniki analogowej, próby wytrawiania PCB, zabawy w chemika. Następnie przyszedł czas wyboru szkoły średniej. Tutaj decyzja zapadła o podjęciu nauki w technikum o profilu elektronicznym.

Dopiero w technikum powróciłem prawdziwie do idei programowania. Początki były trudne. Poza oferowanym przez szkołę kursem asemblera dla 8051, nauka programowania nie była jednym z priorytetów na profilu elektronicznym. Wziąłem więc sprawy we własne ręce.

Zaczęło się od mikrokontrolerów AVR i języka C. Przeszukując internet, kumulowałem materiały dotyczące programowania. Po wielu próbach (i uszkodzeniu kilku AVR) wreszcie się udało – miałem swój pierwszy “Hello World” w postaci migającej LED.

W trakcie studiów wziąłeś udział w The Freescale Cup Europe Racingu. Możesz opowiedzieć, na czym to polegało?

Był to drugi etap (EMEA) zawodów robotów typu line-follower organizowanych przez firmę Freescale w Pradze. Sponsor dostarczał zespołom (max. 3 osoby) zestaw ewaluacyjny KwikStick wraz z czterokołowym podwoziem i kamerą IR, na których bazie należało zbudować i zaprogramować robota, podążającego za czarną linią. Zadanie polegało na możliwie najszybszym, dwukrotnym pokonaniu wyznaczonej trasy i samoistnym zatrzymaniu się robota. Trasa uwzględniała slalomy, strome podjazdy, skrzyżowania oraz ostre zakręty 90 stopni

Ja, kalibrujący robota:

Czego nauczyło Cię to doświadczenie?

Żeby zawsze spodziewać się niespodziewanego. Z każdym udoskonaleniem robota odkrywaliśmy, jak mało doświadczenia mieliśmy jako inżynierzy. Kiedy wydawało się, że wszystkie przypadki zostały obsłużone, trafiało się coś, co udowadniało nam brak szerszego spojrzenia na problem (“aha, przecież jeszcze…”).

Na etapie lokalnym mieliśmy problemy z ilością światła, co przekładało się na gubienie linii przez kamerę robota. Skonfigurowaliśmy zatem sprzęt z dodatkowym doświetlaniem trasy i wyśrubowaną czułością kamery, co zapewniło nam start w kolejnym etapie. Zemściło się to na nas w Pradze, gdzie okazało się, że trasa była tak intensywnie oświetlona, że wiele robotów “oślepło” i zupełnie nie widziało linii. Korzystając z dnia przygotowań, udało nam się lepiej skalibrować kamerę robota. Nie zapewniło to nam co prawda miejsca na podium, ale świetnie się przy tym bawiliśmy.

Pomimo braku wykształcenia wyższego, pierwszej pracy podjąłeś się jeszcze w trakcie studiów i od razu był to pełen etat. Trudno było dostać to stanowisko?

Decyzja o podjęciu wtedy pracy była podyktowana dwoma czynnikami: finansowym oraz zazdrością. Zwyczajnie zazdrościłem swoim rówieśnikom, kiedy opowiadali, jak realizują swoje pierwsze projekty za pieniądze. Gdy przyszły kolejne wakacje postanowiłem coś z tym zrobić. Miałem jednak już dość pracy niezwiązanej z kierunkiem mojego kształcenia (od spawacza na hali produkcyjnej po doręczyciela prasy). Postanowiłem opublikować ogłoszenie o poszukiwaniu pracy na popularnym portalu z drzewkiem. Zamieściłem tam krótki opis swojej osoby z podkreśleniem zainteresowań oraz potencjalnego stanowiska pracy. Wisienką na torcie był link do krótkiej prezentacji mojego (wtedy) najmłodszego dziecka – pierwszego prototypu robotycznej protezy dłoni sterowanej sygnałami EMG z mięśni przedramienia. Projekt samej dłoni to historia na odrębny artykuł, ale realizacja była poniekąd spełnieniem mojego dziecięcego marzenia o Johnny 5.

Ogłoszenie nie spotkało się z wielkim odzewem. Właściwie tylko jedna firma poważnie zainteresowała się moim profilem i skontaktowała się ze mną. Commercial Technology Group – czyli CTG.

Pierwszy prototyp protezy dłoni (ten sam link, który był w moim oryginalnym ogłoszeniu):

Druga wersja prototypu:

Pamiętasz rozmowę rekrutacyjną w CTG? Mógłbyś o niej opowiedzieć?

Tę rozmowę raczej będę pamiętał do końca życia. Spotkaliśmy się w centrum handlowym Pasaż Grunwaldzki we Wrocławiu. Panowie byli ze Śląska i postanowili przyjechać na spotkanie do Wrocławia, aby oszczędzić studentowi podróży po Polsce. Pamiętam, gdy zobaczyłem dwóch dżentelmenów wchodzących do środka. Jeden z nich ubrany zwyczajnie, drugi w garnitur. Tak, ten w garniturze miał zostać moim przyszłym szefem.

Zaczęło się. Usiedliśmy… przy stoliku w KFC (pomimo atmosfery, nadal byłem spięty). Początkowo rozmowa toczyła się o moim doświadczeniu oraz zrealizowanych projektach w czasie praktyk i tych prywatnie. Następnie przeszliśmy do konkretów i zaproponowano mi szybkie zlecenie, w celu potwierdzenia moich umiejętności.

Miał to być projekt i realizacja małego urządzenia alarmującego z wykorzystaniem protokołu TCP/IP. Alarm aktywowany otworzeniem skrzynki technicznej miał wysyłać wiadomość UDP na wcześniej ustalony adres IP. Długo nie myśląc, zaproponowałem kwotę 500 zł i termin dwóch tygodni na dostarczenie 8 szt. urządzeń. Kwota uwzględniała oczywiście koszt materiałów i moje wynagrodzenie. Pamiętam ten uśmiech na twarzy obu panów po zaproponowaniu mojej kwoty. Szybko się zgodzili, oraz podnieśli stawkę do 1000 złotych. Wtedy była to dla mnie kwota iście wysoka. Ponadto poczułem wielką dumę, że po raz pierwszy w życiu moje hobby przyniesie realne zyski. Dziś wracając myślą do tamtego dnia, na mojej twarzy pojawia się podobny uśmiech.

W krótkim czasie awansowałeś z inżyniera na stanowisko kierownika działu B&R. Był to spory przeskok?

Współpraca z CTG rozwijała się dosyć dynamicznie. W krótkim czasie zaangażowałem do współpracy swojego kolegę ze studiów (poznanego jeszcze za czasów technikum na Ogólnopolskiej Olimpiadzie Wiedzy Elektrycznej i Elektronicznej). Podzieliliśmy się obowiązkami – ja miałem programować, kolega projektować PCB i prototypować. Tym samym, utworzyliśmy zalążek oddziału B&R we Wrocławiu. Firma zaczęła otrzymywać różne zlecenia od klientów i z czasem nasza dwójka przestała nadążać za projektami. Zaczęliśmy angażować do współpracy kolejne osoby – programistów aplikacji PC, mechaników, elektroników. Był to moment, w którym podjęliśmy decyzję o oficjalnym otwarciu oddziału B&R i wynajęliśmy powierzchnię biurową (dotychczas działaliśmy z kolegą w moim pokoju w akademiku studenckim). Nie był to jednak ten moment, w którym zostałem awansowany. To przyszło chwilę później.

Początki w CTG:

Od początku współpracy z CTG starałem się pracować niezależnie (jako oddział), tak aby minimalnie angażować szefostwo ze Śląska. Nowe obowiązki były dla mnie poniekąd naturalne i zbytnio nie zastanawiałem się nad swoją rolą, czy też tytułem stanowiska. Osoby z mojego zespołu również czuły się dobrze przy podziale obowiązków, gdzie to ja zajmowałem się organizacją pracy w naszej jednostce.

Dzień, w którym zostałem oficjalnie kierownikiem, to był dzień kiedy wspólnie z szefem jechaliśmy na spotkanie do klienta. Przed wejściem na to spotkanie, szef wręczył mi pieczątkę “Szymon Balicki – Kierownik działu B&R”. Był to gest, który spowodował poczucie uznania, zwieńczony podpisaniem nowej umowy o pracę tego samego dnia.

Jakie doświadczenie przyniosła Ci ta pozycja?

Przede wszystkim dużo wniosła do moich umiejętności miękkich. Dotychczas byłem raczej introwertykiem, preferującym pracę w pojedynkę. Gdy jednak zacząłem pracować w zespole, który miałem możliwość sam budować, ukazało mi to spektrum nowych możliwości rozwojowych, zarówno osobistych jak i zawodowych.

Po ukończeniu studiów inżynierskich na tyle poświęciłem się pracy, że zrezygnowałem chwilowo z dalszego kształcenia. Po roku przerwy zdecydowałem jednak kontynuować studia na drugim stopniu, ale na innym kierunku – tym razem na zarządzaniu. Doszedłem do wniosku, że ten profil studiów przyda mi się bardziej w pełnionej roli.

Studia w połączeniu z nowym stanowiskiem i obowiązkami sprawiły, że z introwertyka stałem się ekstrawertykiem. Nauczyłem się negocjacji z klientami, współpracownikami oraz wielu praktycznych rozwiązań z dziedziny zarządzania. Wymagało to sporo pracy nad samym sobą, ale było warto.

Miałeś w zespole ludzi z większym doświadczeniem od Twojego? To dobre dla zespołu?

Generalnie każdy z moich współpracowników miał doświadczenie większe od mojego w zakresie pełnionych obowiązków. Moim zadaniem na tym etapie było głównie organizowanie pracy w naszym małym, wrocławskim oddziale oraz praca nad rozwojem oprogramowania wbudowanego. W zespole miałem osoby odpowiedzialne za projektowanie obwodów PCB i prototypowanie, projektowanie rozwiązań konstrukcyjnych (obudowy i elementy mechaniczne) oraz programistów od aplikacji. Każdy się wzajemnie dopełniał.

Czy to dobre dla zespołu? Jak najbardziej tak. Różnorodność doświadczeń jest moim zdaniem idealną podstawą do rozwoju całego zespołu i produktu.

Jak dalej potoczyła się Twoja kariera?

O zmianie pracy zacząłem myśleć po zakończeniu jednego z większych projektów w CTG. Dużo działo się wtedy w firmie, jak również w moim życiu prywatnym. Potrzebowałem zwyczajnie zmiany. Zdecydowałem o spróbowaniu swoich sił w korporacji.

Tieto (obecnie TietoEvry) – ciężko nazwać korporacją, ze względu na bardzo niekorporacyjną atmosferę, jaka u nich panuje. Bardzo dobrze wspominam pracę w tej firmie. Praca na pełen etat jako programista pozwoliła mi ponownie skupić się na rozwijaniu umiejętności technicznych. Poza tym Scrum, Playstation, piłkarzyki, delegacje (w tym do Chin) – czego chcieć więcej. 😀

Scrum… no właśnie. To dopiero w Tieto miałem okazję pracować z tą metodologią, w dodatku jako Scrum master. Uprzedzając pytania – nie, nie jestem certyfikowanym Scrum master’em. Więc jak to się stało, że przydzielono mi tę rolę? Mój zespół, z którym w tym okresie pracowałem, sam mianował mnie do tej roli, w czasie kiedy… byłem na urlopie. Po powrocie zostałem postawiony przed decyzją dokonaną. Dzięki podstawom teoretycznym ze studiów i dużemu wsparciu mojej manager (dzięki Marina!), w krótkim czasie udało mi się opanować tajniki Scrum i wspierać mój zespół w tej materii.

Ciekawsze zdjęcia z Tieto:

Rzeżucha zasiana w klawiaturze kolegi z zespołu, w trakcie nieobecności z powodu podróży służbowej. Klawiatura oczywiście była podmieniona na identyczną, niedziałającą. Mój pomysł i wykonanie.

Granie w pasjansa na testerze sygnałów sieci LTE.

Przechodzimy do momentu, w którym zatrudniłeś się w Luxoft. Co Cię skłoniło do zmiany pracodawcy?

Sugerując się tym, jak pracowało mi się w Tieto, ciężko doszukać się podstaw odejścia do Luxoft. Zaważył właściwie tylko jeden powód – chęć pracy w USA. Na długo przed zmianą pracy zacząłem interesować się rynkiem amerykańskim. Od czasu do czasu wysyłałem swoje CV do różnych firm w USA (włączając w to Teslę i Neuralink). Wiele z tych aplikacji nie wróciło z odpowiedzią, a inne kończyły się zwykle na kwestiach prawnych związanych z emigracją. Byłem na tyle zdeterminowany, że zacząłem nawet studia doktoranckie, z nadzieją na zdobycie wizy tą drogą. Wtedy trafiłem na Luxoft.

Okazało się, że Luxoft ma program relokacji pracowniczej po oddziałach na całym świecie, w tym do USA. Długo nie zwlekając, zaaplikowałem do oddziału we Wrocławiu. Przyjęli mnie. Będąc w Luxoft od początku stawiałem sprawę jasno co do mojego planu emigracji, nie zaniedbując przy tym swoich obowiązków. Warunek prawny dotyczący uzyskania wizy pracowniczej do USA to minimum rok zatrudnienia u danego pracodawcy. Dokładnie tyle czasu zamierzałem pracować w Luxoft Poland.

Na czym polegała Twoja praca w Luxoft Poland?

Moje obowiązki w Luxoft Poland ograniczały się do pozycji Software Developera. Moim głównym zadaniem był zatem rozwój oprogramowania.

Jak wyglądał Twój awans na Senior Software Developera?

Osobiście nigdy nie ubiegałem się o tytuły. To jak było nazywane stanowisko, najmniej mnie zawsze interesowało. Bardziej istotne było to, jakie obowiązki będą w moim zakresie. To podejście jednak zmieniło się w momencie ubiegania się o relokację. Otóż klienci z USA właściwie nie oferują pracy stanowiskom poniżej seniora w przypadku ludzi z zagranicy. Wynika to głównie z komplikacji związanych z uzyskaniem wizy pracowniczej oraz oczekiwań odnośnie kandydata. Aplikacje wizowe osób o niewielkim doświadczeniu są odrzucane przez konsulat USA. Należy więc się postarać i wykazać, raz przed klientem z USA, dwa przed konsulem, że ma się wiedzę i doświadczenie, którego brakuje na rynku amerykańskim. Więc wykazałem…

Czemu zdecydowałeś się akurat na Stany Zjednoczone?

Czynników było kilka. Od zwykłej ciekawości, po sugestie od różnych osób. Najważniejszym była jednak chęć rozwoju i możliwość pracy w Dolinie Krzemowej. Obecnie pracuję w Teksasie, więc mam jeszcze kawałek do Doliny Krzemowej, ale zawsze to już bliżej niż dalej. Z drugiej strony, Teksas ma wiele zalet, których Dolinie Krzemowej brakuje.

Jak firma pomogła Ci w relokacji do Teksasu?

Otrzymałem pomoc w przygotowaniu wszystkich dokumentów niezbędnych do uzyskania wizy oraz pełne pokrycie kosztów relokacji, które w przypadku zmiany kontynentu są wysokie. Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że w tamtym okresie moja żona była w końcówce ciąży. Planowany termin porodu uniemożliwiał już lot samolotem, a ponadto nie można było zaaplikować o wizę dla dziecka przed jego narodzinami. Wspólnie z żoną, podjęliśmy więc decyzję o porodzie w Polsce i moim wcześniejszym wylocie. Żona z dziećmi miała do mnie dołączyć tak szybko, jak tylko możliwe po porodzie i otrzymaniu wizy dla noworodka. Ostatecznie termin porodu się znacznie przesunął i na 3 dni przed moim wylotem miałem szczęście przywitać się z córeczką. Dzięki wsparciu firmy i ekspresowym załatwieniu formalności dla noworodka miesiąc później dołączyły do mnie moje dziewczyny. Wszystko to by się nie odbyło, gdyby nie moja żona, która samodzielnie podjęła się przelotu z dwójką małych dzieci (miesięcznym noworodkiem oraz 2,5-latką) na drugi koniec świata.

Jest jakaś znacząca różnica między pracą w Polsce a w Stanach Zjednoczonych?

Tak, jest duża różnica. W Polsce mamy rynek pracownika, w USA jest rynek pracodawcy. Główne różnice wynikają z regulacji prawnych w obu państwach. W Polsce pracownika i pracodawcę chroni Kodeks Pracy. W USA nie ma takiego odpowiednika. Wszystko jest ustalane indywidualnie między pracownikiem a pracodawcą. Kwestia dni urlopu (mniej niż w Polsce), dni wolnych (w tym świąt państwowych), okresów wypowiedzenia (zwykle jeden dzień), ubezpieczenia zdrowotnego, godzin czy ubioru do pracy. Pracodawca może z rana zadzwonić i poinformować, że już nie mamy pracy. Sceny rodem z filmów, gdzie szef mówi do pracownika “jesteś zwolniony” mają niestety miejsce w rzeczywistości.

Drugą istotną różnicą jest wysokość podatku od dochodu (właściwie wszystkich podatków). W Polsce istnieją podatki ustalone dla całego państwa, niezależnie od tego gdzie mieszkamy. W USA podatki są inne dla każdego stanu. Oznacza to, że ta sama kwota brutto da nam w efekcie różne kwoty netto, w zależności od miejsca zamieszkania oraz od wielkości rodziny. Pod tym względem Kalifornia (m.in. Dolina Krzemowa) jest najgorszym z wyborów. Z kolei Teksas jest jednym z pięciu stanów bez stanowego podatku od dochodu, co zdecydowanie wpływa na płacę netto – dalej jednak pozostaje podatek federalny. Sumarycznie podatki w USA są niższe niż te w Polsce.

Abstrahując od regulacji i podatków, to osobiście lepiej pracuje mi się w USA. Na rynku kapitalistycznym ma się to, na co się zapracuje.

Jak wygląda kultura pracy w biurze?

Jako, że Luxoft jest firmą podwykonawczą, pracownicy są delegowani do pracy w biurach klienta. W moim przypadku mógłbym opisać to na przykładzie filmu Matrix i warunków przedstawionych w firmie, której pracował Neo. Typowa, amerykańska korporacja, boksy z telefonem dla każdego pracownika, dress-code i restrykcyjne reguły. Wychodząc jednak poza ramy boksa, pracownik ma do dyspozycji liczne restauracje i kafeterie, parki z jeziorami, klub sportowy z boiskiem, siłownią i strefą spa, a wszystko to w obrębie kampusu firmy.

Jak firma zareagowała na pandemię koronawirusa?

Ze względu na specyfikę branży (outsourcing), firma dobrze przeszła “atak wirusa”. Nastąpiła subtelna rotacja pracowników pomiędzy obecnymi i nowymi klientami, co ostatecznie nie zaburzyło funkcjonowania firmy. Znaczna część klientów natomiast przeszła na model pracy zdalnej, co miało bezpośrednie przełożenie na pracowników Luxoft.

Jakich benefitów pracowych można spodziewać się w Teksasie?

Najważniejszy benefit, jaki otrzymujemy, to ubezpieczenie medyczne. Jest to bardzo ważne, głównie ze względu na wysokie ceny wszelkich usług związanych ze zdrowiem. Różnorodność pakietów ubezpieczeniowych i potencjalnych kosztów przysparza o zawrót głowy. W skrócie mówiąc, w USA nie opłaca się chorować.

Dodatkowym benefitem może być możliwość ubiegania się o zieloną kartę. Część firm oferuje tego typu wsparcie (finansowe i prawne), więc może to być świetna okazja dla osób poszukujących stałej imigracji do USA. Zwykle jednak wiąże się to z szeregiem warunków do spełnienia, w zależności od umowy z pracodawcą, stanowiska oraz doświadczenia zawodowego.


Szymon Balicki. Robotyk z wykształcenia, programista z zawodu. Perfekcjonista, wyjątkowo uparty w dążeniu do celu. W wolnym czasie zgłębia tematy rozwoju osobistego, biohackingu, kulturystyki i diety. Były perkusista kapeli rockowej, obecnie dumy ojciec dwóch córek.

Zapraszamy do dyskusji

Patronujemy

 
 
More Stories
Microsoft pracuje nad przeglądarką opartą o Chromium