W Nowej Zelandii rozwiązania Microsoftu są popularne. Historia Tomka Kolasy

Tomek Kolasa jeszcze na studiach był członkiem JavaTech Research Group, by nabyć pierwsze doświadczenia projektowe. Pomogły one później w znalezieniu pierwszej pracy. Na stypendium doktoranckie pojechał do Nowej Zelandii, by później znaleźć pracę na stanowisku Java Developera. Dziś mieszka w Tokio i zdalnie pracuje dla firmy z Nowej Zelandii. Zobaczcie, jak krok po kroku wygląda ścieżka kariery Tomka, którego zaprosiliśmy do wywiadu.

Spis treści

Prześledźmy Twoją ścieżkę kariery web developera. Od 2008 roku przez dwa lata byłeś członkiem JavaTech Research Group. Czym zajmowała się ta grupa?

Koło naukowe JavaTech zrzeszało grupę studentów, która pod okiem doświadczonego mentora i wykładowcy na Politechnice Wrocławskiej zajmowała się tworzeniem oprogramowania oraz zagadnieniami ze sztucznej inteligencji. Udział w niej dał nam możliwość zmierzenia się z projektami, które miały prawdziwą szansę na wdrożenie. W ciągu tych dwóch lat wdrożyliśmy dwa systemy webowe: jeden do obsługi wniosków o dofinansowanie dla działu studenckiego Politechniki Wrocławskiej, drugi do obsługi konferencji dla Konferencji Naukowej Studentów oraz czasopisma “e-Informatica Software Engineering Journal”.

Co jeszcze dał udział w tej grupie studenckiej?

Przede wszystkim dodatkowe doświadczenie pracy w zespole, przy projekcie, który miał zostać wdrożony i dostępny dla użytkowników. Nie było więc mowy o typowych uproszczeniach jak przy projektach na zaliczenie. Było to ciekawe i ekscytujące doświadczenie, kiedy oba produkty, nad którymi pracowaliśmy my, studenciaki, zostały de facto wykorzystane w praktyce.

Myślę, że te dodatkowe godziny, które spędziliśmy nad tymi projektami, znacząco dołożyły się do naszych umiejętności jako początkujących programistów. Godzin tych nie było wcale mało. Pamiętam, że pracowaliśmy nad projektem z JavaTech również w wakacje, spotykając się na stancji u jednego kolegi z grupy, gdzie przy piwku i głupich tekstach pisaliśmy kod. Fajne wspomnienia. Doświadczenie z JavaTech nie wyglądało też źle na papierze, co na pewno pomogło przy szukaniu pierwszej pracy, szczególnie że wielu kolegów z roku mogło się również pochwalić ciekawymi praktykami czy nawet doświadczeniem w zawodzie pracując już podczas studiów.

Dwa lata później znalazłeś pracę Java Developera. Pamiętasz jakie pierwsze zadanie dostałeś w tej firmie, a z którego byłeś najbardziej dumny?

Nie pamiętam pierwszego zadania, ale pamiętam, że zanim zacząłem pisać kod, to wszyscy nowi pracownicy odbyli dwutygodniowe szkolenie z platformy Hybris. Jest to zamknięta platforma enterprise, więc próżno szukać było kursów czy dokumentacji w sieci. Coś, co nigdy już mi się nie przydarzyło w późniejszej karierze, jako że nie pracowałem już z zamkniętymi technologiami.

Nie powiedziałbym, że obecnie jestem z czegoś konkretnie dumny, to było dawno. Pamiętam, że starałem się pisać jak najlepszy kod, korzystać ze wzorców projektowych i generalnie dopracować co tylko się dało. Zapewne znacznie przegiąłem z czasem spędzanym nad jednym zdaniem, ale sam zespół również był nastawiony na jakość kodu, więc to nigdy nie było problemem. W każdym razie wiele się w tym czasie nauczyłem, szczególnie od starszych członków zespołu.

Jak dużo wtedy spędzałeś czasu na zdobywaniu wiedzy po godzinach? Z jakich materiałów korzystałeś?

Pewnie niezbyt dużo. Myślę, że od jakiegoś czasu zaczynałem się skupiać nad poprawą swojego angielskiego w związku z potencjalnym wyjazdem do Nowej Zelandii i obowiązku zdania egzaminu językowego, a w późniejszym terminie już nad przygotowaniami do samego wyjazdu. Niemniej to chyba wtedy przeczytałem parę książek, które zapadły mi w pamięć i które czasem polecam początkującym programistom. Były to “Clean Code” i “Code Complete”, obie w zasadzie traktują o tym, jak pisać dobry kod i dlaczego jest to ważne.

Czego zazwyczaj nie mówi się o pracy początkującego web developera?

Mnie zaskoczyło to, że w pracy było dużo mniejsze ciśnienie niż na studiach. W późniejszej karierze zdarzył mi się tylko jeden wyjątek od tej reguły. Pracowałem nad projektem, który jak wszedł w fazę szalonych nadgodzin, to już nigdy nie wrócił do normy. Ten projekt miał też inne problemy, więc generalnie wielu programistów zdecydowało się na zmianę pracy.

W odniesieniu do początków kariery to mógłbym jeszcze dodać, że jednak za mało mówi się o tym, jak szukać pracy i jak ważne jest to, by się dobrze zaprezentować. Może i mówi się, że “trzeba umieć się sprzedać”, ale za mało w tym konkretów. Jak zaczynałem karierę, to brakowało mi wiedzy w takich kwestiach jak negocjowanie wypłaty czy udzielanie się w społecznościach i networking. Bo często, to trzeba znać ludzi, by chociażby dowiedzieć się o naprawdę fajnych ofertach pracy i projektach.

We wrześniu 2011 roku zostałeś zatrudniony w firmie z Nowej Zelandii. Jak przebiegała rekrutacja od pierwszego kontaktu do podpisania kontraktu?

Zgadza się, ale może zacznę od początku. Przeprowadziłem się do Nowej Zelandii, ponieważ udało mi się dostać na stypendium doktoranckie na Uniwersytecie Otago w Dunedin. Doktorat rozpocząłem w czerwcu 2011 roku, ale z biegiem czasu zaangażowałem się w różne kontrakty, pracę na pół etatu oraz startupy. W rezultacie swoimi zainteresowaniami, oddalałem się coraz bardziej od pracy doktorskiej, i po dwóch latach przerwałem studia.

W tym czasie zdecydowaliśmy się z żoną, że chcemy zostać w Nowej Zelandii na dłużej i w kwietniu 2013 roku zacząłem szukać stałej pracy na pełny etat, co umożliwiło nam późniejsze aplikowanie o pobyt stały w Nowej Zelandii. Pracę udało mi się dostać relatywnie szybko, mimo że w Dunedin w zasadzie nie ma dużych firm programistycznych, które zatrudniają na bieżąco, oferty pojawiają się więc sporadycznie.

Nawiązując do tego, co powiedziałem wcześniej, z pomocą w szukaniu pracy przyszły kontakty. Ktoś wiedział po prostu, że ktoś inny szuka programisty i że ja szukam pracy, i tak po kilku e-mailach zostałem zaproszony na rozmowę. Podobnie wyglądało to w przypadku pracy na pół etatu z września 2011 i innych pomniejszych zleceń.

Wraz z ofertą pracy otrzymałeś zapewnienie pokrycia wszelkich kosztów związanych z przeprowadzką?

Oferta stypendium nie pokrywała niestety żadnych kosztów, które w tamtym czasie były dość spore. Poza biletami lotniczymi czekała na nas na miejscu kaucja za mieszkanie, 1 miesiąc czynszu z góry oraz pomniejsze wydatki, zanim mogliśmy sięgnąć po pieniądze ze stypendium. Na szczęście nasze oszczędności i wsparcie od rodziców wystarczyły w zupełności na pokrycie tych kosztów.

Jakie miałeś pierwsze wrażenie po przyjeździe do NW?

Pierwsze dni spędziliśmy w Auckland u brata kolegi ze studiów. Pamiętam, że zaskoczyło mnie, jak bardzo zielona jest zieleń w Nowej Zelandii, nie wiem, czy to przez czystsze powietrze, czy mocniejsze słońce. Nie za wiele wiedziałem wtedy o Nowej Zelandii, zawsze wyobrażałem sobie, że jest tutaj dość ciepło, nawet zimą. Do Auckland dotarliśmy właśnie na początku zimy i pogoda była taka, jak sobie wyobrażałem, czyli taka jak w Polsce wczesną jesienią w słoneczny dzień.

Po przylocie do Dunedin przywitała nas mgła i zimnica. Lotnisko w Dunedin znajduje się jakieś 30 km za miastem i przez sporą część drogi z lotniska widać tylko pola, krowy i owce. Zastanawialiśmy się, czy ten uniwersytet to też gdzieś w polu stoi. Zdecydowanie poczuliśmy się jak na końcu świata.

Zapraszamy do dyskusji

Patronujemy

 
 
More Stories
prototyp gamedev
Prototypy gier muszą być maksymalnie brzydkie. Wtedy gra obroni się rozgrywką