wojtek zając twitter

W wieku 16 lat stworzył front-end Twittera. Dziś pracuje z klientami z całego świata

Wojtek Zając w wieku 16 lat stworzył dla Biza Stone’a m.in. front-end Twittera, który funkcjonował od 2006 do 2010 roku. Przez te lata zrealizował jeszcze kilkanaście zleceń, aktualizacji portalu, a z jego projektu Twittera korzystało miliony użytkowników na całym świecie.

Dziś Wojtek jest Lead Front-End Engineerem i pracuje dla australijskiej firmy X-Team, która odnajmuje pracowników zewnętrznym firmom. Opowiedział nam o swojej ścieżce kariery, jego zdaniem najlepszej drodze rozwoju dla developerów oraz podróżach, które są nieodłączną częścią jego pracy. Z poniższej rozmowy dowiecie się też, jak to się stało, że w wieku kilkunastu lat stworzył front-end dla wtedy mało znanego portalu społecznościowego.

– Od Biza Stone’a i Evana Williamsa dostałem makiety Twittera, moim zadaniem było ich pocięcie i zakodowanie – mówi Wojtek Zając. Z Twitterem współpracował 3 lata, a potem długie godziny spędzał nad projektami dla telewizji FOX w Los Angeles, do siedziby której często latał z Krakowa. Zatrudniał developerów, prowadził biuro, ale też zarządzał 15-osobowym zespołem.

Wojtek Zając od 12 lat pracuje dla jednej firmy, co jest dość nietypowe w świecie programistów. Dlaczego nie zmienił pracodawcy, mimo setek propozycji pracy? Tego dowiecie się z poniższego wywiadu, którego Wojtek udzielał podczas podróży po świecie, z kawiarni w Brazylii.

Spis treści

W wieku 14 lat zrealizowałeś pierwsze w życiu płatne zlecenie. Pamiętasz jeszcze ten projekt?

Pierwsze projekty pozyskałem ze stron pośredniczących, czyli freelancer.com, wtedy nazywała się chyba getafreelancer.com, a na pierwszym zleceniu przejechałem się. Klient z Turcji zamówił projekt, wykonałem go na czas, zbliżał się termin przekazania kodu i zapłaty. Zwlekał z przelewem, ale na szczęście nie popełniłem błędu i powiedziałem, że prześlę wszystkie pliki dopiero wtedy, kiedy przyjdzie wynagrodzenie. Nie przyszło, więc projektu nie wysłałem. Z jednej strony pierwsze zlecenie było niepowodzeniem, bo klient chciał mnie oszukać, ale z drugiej — on tych plików też nie dostał. Kolejne projekty były już ok.

Od początku pracowałeś z zagranicznymi klientami? Dlaczego?

Taką decyzję podjąłem mniej więcej w 2005, 2006 roku. W poprzednich latach, czyli 2003 – 2005 bardzo intensywnie działałem w polskiej społeczności front-endowej. Byłem aktywnym użytkownikiem grup dyskusyjnych (usenetu) i for internetowych takich jak forum.webhelp.pl. Wraz ze znajomymi z IRCa założyłem wtedy dwa spore portale, gdzie tworzyliśmy poradniki i tipy dla programistów – jednym z nich był WebOvers. Pomagałem początkującym webmasterom rozwiązywać ich problemy i na pewno dzięki temu sam dużo się uczyłem, ale już wtedy zwróciłem uwagę na to, że skala polskiego rynku jest mała i to niepotrzebne ograniczenie. Zostawiłem więc polskie fora i skupiłem się na rynku anglojęzycznym.

To był okres szkoły średniej?

Jak zacząłem realizować pierwsze zlecenia, to byłem jeszcze w gimnazjum, choć do szkoły poszedłem rok wcześniej. Myślę, że wtedy realizowałem około dwóch zleceń na miesiąc, zazwyczaj były to trochę większe projekty, często chodziło o pocięcie grafiki.

Jak dowiedziałeś się o rekrutacji do australijskiej firmy X-Team?

Motorola od lat organizuje ogólnopolski konkurs „Diversity”. Edycja, do której dołączyliśmy, odbyła się w 2005 roku, a jej zadaniem było stworzenie strony internetowej w temacie „świat bez słów”. W moim liceum w Trzebini – miejscowość ta liczy ok. 20 tys. osób – zebrałem czteroosobowy zespół, poprowadziłem go i stworzyliśmy stronę internetową poświęconą niepełnosprawności. Dostaliśmy się do finału, podczas którego poznałem znajomego właściciela X-Teamu w Australii. Od razu znaleźliśmy wspólny temat do rozmowy, bo byliśmy zorientowani jeśli chodzi o web standards.

Zakumplowaliśmy się, polecił mnie właścicielowi firmy, a wtedy X-Team raczkował, liczył może 5 osób. Poznałem się z właścicielem, chwilę porozmawialiśmy, zrobiłem testowy projekt i w okolicy czerwca 2006 roku zacząłem regularnie pracować z X-Teamem. Początkowe lata w firmie, to było bardzo dużo krótkich zleceń. To były też lata, kiedy nabierałem doświadczenia, bo po prostu dziennie produkowałem naprawdę dużo kodu. Robiłem kilka projektów w ciągu tygodnia razy kilka lat. Myślę, że zrobiłem 100, 200 projektów, jeden po drugim. To były pierwsze lata, potem się przekształcaliśmy i realizowaliśmy coraz większe zlecenia.

Jak wyglądała sama rozmowa rekrutacyjna do X-Teamu?

Zamieniliśmy kilka słów, ale myślę, że najważniejszy był projekt testowy. Dostałem design do pocięcia. Właścicielem firmy jest Dave Rosen, a druga osoba techniczna sprawdzając moje zadanie stwierdziła, że nadaję się do pracy.

Nie mieli problemu zatrudnienia kogoś do pracy zdalnej i to jeszcze z innego kraju?

X-Team przez prawie cały czas nie miało biur, od samego początku była 100% remote. Właścicielem był Australijczyk, ale jakby druga osoba w firmie, Stan, CTO w tych czasach, pracował ze Słowacji. Reszta ówczesnych pracowników była rozsiana po całym świecie, m.in. w Stanach Zjednoczonych, ale też w Europie. Wszyscy pracowaliśmy na Basecampie i tam trzymaliśmy nasze projekty, a rozmawialiśmy na Campfire, czacie od 37signals.

ZOBACZ TEŻ:  „Programista 15k”, czyli wszystko, co musisz wiedzieć o pracy w IT w Polsce

Jestem ciekaw, jak szybko rósł poziom Twoich umiejętności. W jaki sposób wtedy zdobywałeś wiedzę?

Generalnie mam cały czas kopię zapasową tych moich projektów z dawnych lat. W sieci są dostępne inne materiały, np. prezentacja, którą dałem w Warszawie w 2006 roku na temat web developmentu. Mogę powiedzieć tylko tyle, że nie wstydzę się jakości kodu, który pisałem. Ważne było na pewno też, że mocno udzielałem się w community, a to zawsze jest wartościowe.

Kiedy rekrutowałem ludzi, to zwracałem uwagę na to, czy osoba jest aktywna w społeczności. Moje ulubione pytanie, które zadawałem podczas rekrutacji brzmiało: skąd czerpiesz wiedzę. Jeśli ktoś powiedział, że czyta polski portal z przedrukami zagranicznych newsów, to już było dobrze, ale taką odpowiedź traktowałem pół na pół. Jeśli jednak ktoś czerpał wiedzę np. z postów na Twitterze kluczowych kontrybutorów bibliotek, to wiedziałem, że dla tej osoby praca to pasja. Dla mnie zawsze ważnym czynnikiem było to, by osoby, z którymi współpracuję pasjonowały się pracą.

Czasami nawet zauważenie takiej pasji w ludziach, jest ważniejsze niż sama wiedza, bo pasja to informacja o tym, że dana osoba zawsze będzie chciała wiedzieć więcej, uczyć się, być lepsza. Jeśli ktoś ma wiele lat doświadczenia, ale nie stara się być na bieżąco, to jest to spory minus. Bardzo ważna jest więc samodzielna chęć rozwoju. Myślę, że sam fakt, że wtedy byłem aktywny w społeczności też był ważny w mojej rekrutacji i był też dodatkowym czynnikiem za moją osobą, oprócz próbki kodu, który musiałem dać.

X-Team to międzynarodowa firma, całkowicie zdalna. Tym bardziej ciekawi mnie, w jaki sposób pozyskała zlecenie od Biza Stone’a? CEO był z Australii, druga osoba – bardziej techniczna – ze Słowacji.

Pozyskanie zlecenia dla Twittera było dość proste. Wcześniej pracowaliśmy nad innymi projektami od Biza, które stworzył, np. Trazzler. Biz Stone był zadowolony ze współpracy, wykonaliśmy więc dla niego kilka projektów. Później był Twitter – przyznam, że nie spodziewałem się sukcesu tego projektu, bo szczerze mówiąc zrobiłem go w kilka dni pod koniec 2006 roku. Dopiero po kilku miesiącach z newsów dowiedziałem się, że stał się bardzo popularny. Wtedy też dostawaliśmy więcej zleceń dotyczących Twittera, byliśmy odpowiedzialni za jego front-end do 2010 roku. Dostawaliśmy mockupy do pocięcia, wytyczne i wykonywaliśmy te projekty.

wojtek zając twitter

Dlaczego na początku nie wierzyłeś w Twittera?

To nie tak, że nie wierzyłem. Zrobiłem go tak jak każdy inny projekt. Nikt chyba nie spodziewał się, że odniesie taki sukces, łącznie z jego twórcami. A potem, jak zobaczyliśmy skalę zainteresowania, to byliśmy zaskoczeni.

Możesz powiedzieć, jak Twitter wtedy wyglądał? Dużo się zmienił?

Jest zachowane kilka rzeczy: logo i design, mechanizm działania też. Myślę, że zaskakująco dużo rzeczy zostało zachowanych. Ostatnio zwiększył się limit liczby znaków, ale praktycznie wszystkie główne funkcjonalności zostały takie same. We wczesnych latach Twitter bardzo mocno opierał się na SMSach. Użytkownicy wysyłali z poziomu telefonu krótkie wiadomości pod jeden numer, dzięki temu można było dostawać tweety od innych. Limit 140 znaków pochodził właśnie od SMSów. A inne profile można było subskrybować. Pamiętam, jak dostawałem SMSy o tweetach innych osób.

Gdy użytkownik napisał coś na Twitterze, to „subskrybent” dostawał SMSa?

Dokładnie. Model obserwowania osób był rewolucyjny. Twitter był jednostronny, polegał na tym, że mogłeś kogoś obserwować, a ta osoba niekoniecznie obserwowała Ciebie. Odwrotne podejście do Facebooka, co świadczyło o potencjale Twittera. Dużo znanych osób zaczęło z niego wtedy korzystać: politycy, sportowcy, celebryci. Druga rzecz to sam koncept hashtagów. Teraz nie potrafimy żyć bez nich, a wyobraź sobie, że zostały one zaprojektowane w Twitterze. Koncept hashtaga wymyślił Chris Messina, którego miałem okazję spotkać.

Jak od środka wyglądała współpraca z Twitterem? To były tylko krótkie zlecenia?

Pomiędzy 2006 a 2009 roku dostawałem kilka razy w roku do zakodowania aktualizację Twittera. Żebyś lepiej zrozumiał: w X-Teamie mieliśmy taki system, który działa do tej pory, jeśli np. ktoś od początku realizował zlecenia dla danego klienta, to zostawał przy nim do końca. Dzięki temu zlecenia dot. aktualizacji layoutu trafiały zawsze do mnie. Przez te lata Twitter działał na podstawie projektu mojej realizacji. W 2009 roku powstał nowy landing page, dużo prostszy i też go zakodowałem, z czego byłem trochę dumny, bo Twitter był wtedy bardzo znany.

W tamtym czasie bardzo interesowałem koncepcją Semantic Web, wykorzystywałem w swoich projektach technologie takie, jak mikroformaty, czyli sposób oznaczania w HTMLu danych tak, by mogły być później łatwo przetworzone przez wtyczki przeglądarek, wyszukiwarki internetowe itp. Wtedy to był niszowy temat i byłem bardzo podekscytowany, że mogę zaimplementować podobne niszowe technologie na dużą skalę na stronach takich jak Twitter.com czy FOX.com. Teraz temat mikroformatów troszeczkę umarł i w podobnym celu używa się Structured Data i Schema.org.

Do 2010 roku to co każdy użytkownik na świecie widział w Twitterze, wyszło spod Twoich rąk. Jak to się stało, że przestaliście współpracować z Bizem?

W następnych latach nadal współpracowaliśmy z Twitterem, ale już w dużo węższym zakresie – globalnymi notyfikacjami e-mail. Kodowali je głównie Patrycja i Jacek Polak, moim zdaniem jedni z najlepszych specjalistów dot. newsletterów na świecie. Wyjątkowo trudne jest stworzenie e-maila tak, aby nie tylko poprawnie wyświetlił się w każdym popularnym kliencie poczty, ale nawet pokazał podstawowe ramowe kształty na wypadek zablokowania obrazków.

Dlaczego nie współpracowaliśmy z Twitterem dłużej? Z prostej przyczyny – Twitter pozyskał duże finansowanie, właśnie na zatrudnienie nowych osób, by robiły tego typu rzeczy. W okolicach 2009/2010 powstał redesign Twittera, do którego się już nie przyłożyłem. Co ciekawe, po tym redesignie i na podstawie wewnętrznych projektów firmy, część zespołu Twittera stworzyła później Bootstrap.

Zapraszamy do dyskusji

Patronujemy

 
 
More Stories
300 szefów firm IT z siedzibą na Białorusi zagroziło, że przeniosą biznes za granicę