Jednym ze sposobów pozyskiwania kandydatów do rekrutacji jest headhunting. Jest to dość popularna forma i wiele osób z niej korzysta i to z miarodajnym skutkiem. Czym właściwie jest headhunting? Jaki zakres obowiązków ma osoba nazywana headhunerem? I dlaczego headhunting jest taki nudny dla rekrutera?

Opowieść zaczniemy od małego słowniczka pojęć, żeby wyjaśnić cały proces i rozwiać wątpliwości.

Headhunter — według pl.wikipedia.org jest to “pracownik (konsultant) agencji doradztwa personalnego, świadczącej usługi executive search”. Dalej czytamy, że praca headhuntera polega na identyfikacji menedżerów wysokiego szczebla lub szczególnie cenionych na rynku specjalistów, nawiązanie z nimi kontaktu w celu skłonienia ich do zmiany pracodawcy i przyjęcia oferty pracy swego klienta (tzw. poszukiwania bezpośrednie).

Executive Search — zwany potocznie headhuntingiem, to “metoda rekrutacji kandydatów na najwyższe stanowiska kierownicze oraz stanowiska specjalistyczne wymagające rzadkich kwalifikacji, przeprowadzana przy pomocy poszukiwań bezpośrednich.”

Odnosząc się bezpośrednio do powyższych definicji, śmiało można przyznać, że branża IT żyje z tą formą zatrudniania i ma się dobrze. Niejednokrotnie spotkałam się z sytuacją, w której sięgnięcie po pomoc fachowców lub samodzielne podjęcie szukania przysłowiowej igły w stogu siana, było nieuniknione. Zwłaszcza kiedy budujesz własną firmę, chwytasz się każdej możliwości. Z technologiami, które są aktualnie na topie, nie ma tak olbrzymiego problemu jak z czymś co powstało 10 lat temu. Największym wyzwaniem jak do tej pory jest dla mnie Magento i poszukiwanie developerów z tym frameworkiem właśnie.

SnowDog, firma w której obecnie pracuje, jest na rynku od ponad 12 lat i cieszy się mianem ekspertów w tej dziedzinie. Tym samym jest to olbrzymie wyzwanie, któremu nie łatwo sprostać. Zwłaszcza, że środowisko Magento w Polsce, jest sobie znane i bliskie. I w takim przypadku, wyciąganie ludzi od znajomych jest przynajmniej nie na miejscu.  

Nie tylko powyższy powód zmusza mnie do sięgania po inne środki pozyskiwania ludzi. Robię za pomocą szerokiej promocji w social media czy tworzenie dobrego contentu, skierowanego do odpowiedniego targetu. Są to także związane z tym sytuacje, za którymi nie przepadam, wręcz czuje, że poczyniłam regres osobisty:

Spotkanie ze ścianą — rola HRu nie do końca jest zdefiniowana, a jej koniec i początek zastaje nas w różnych momentach w każdej firmie. Każdy kto jest odrobinę ambitny będzie chciał iść do przodu. Tak też było w moim przypadku, ale po wielu przygodach z executive searchem zuważyłam, że jest to zajęcie, które nie rozwija i przypomina małpią robotę. Mało tego, osoby, które tego robić nie potrafią i do Ani piszą Tomek, a wiadomość zaczynają od ‘Witam’ — powinny smażyć się w piekle, lecz to już mamy ustalone. Przysłowiowe spotkanie ze ścianą następuje bardzo szybko i niechęć do wykonywania tej pracy zwiększa się z minuty na minutę, przynajmniej w moim przypadku. Zazwyczaj znajduję wtedy setki starych tasków, które zostają wykonane z największą rozkoszą.

Akwizycja — ilekroć rozmawiam ze znajomymi z branży, kiedy temat schodzi na headhunting wzrok opada, kawa przestaje być taka pyszna, a miny są raczej wątłe. Rekruterzy na ogół nie przepadają za dobijaniem się do ludzi na Linkedinie, a dzwoniąc z kolejnymi ofertami pracy czują się jak ankieterzy z Tesco zbierający dane na temat niedawno wprowadzonych eko toreb. Faktem jest, że bardzo dużo osób nie odpowiada na wiadomości, co możemy zawdzięczyć kolegom po fachu robiącym bad PR. Wystarczy, że developer dostanie 3 wiadomości z błędnym początkiem lub wyglądającym jak automat, i postanawia nie odpisywać w ogóle. Do czego ma absolutne prawo, choć żyję nadzieją, że na ludzkie treści odpisywać jednak zdoła.

Eter – spotkałam ostatnio koleżankę, której bliska osoba straciła nogę. Pełna rozpaczy i bólu opowiadała o cierpieniu jakie przechodzi nawet trzy lata po zdarzeniu. Zapytałam nieśmiało, dlaczego, skoro rana dawno się zagoiła. W odpowiedzi usłyszałam, że organizm wysyła impuls nerwowy w stronę kończyny, której nie ma, nie dostaje odpowiedzi, impuls nerwowy wraca do ciała. Co za tym idzie, osoba odczuwa ból fantomowy. Na szczęście z czasem ból staje się coraz słabszy i pojawia się w określonych porach dnia. Mogłabym to porównać do wysyłania setek wiadomości.

Może ból związany z brakiem odpowiedzi na ofertę pracy nie jest taki sam, ale jednak wkładanie energii w wysyłkę wiadomości do świata i brak odpowiedzi, do przyjemnych nie należą. Z czasem uodporniłam się na tego typu sytuacje, ale zanim tak się stało, zdążyłam znienawidzić headhunting i sourcing. Tracę swoją energię w sposób, w który wcale nie chcę jej stracić.

Nuda — doskonale wiemy, że jest to moja subiektywna opinia i każdy jeden inny rekruter, może być kompletnie innego zdania. Ale szczerze z ręką na sercu, odkąd pracuje w IT, nie spotkałam bardziej nudnego zajęcia niż otwieranie pierdyliona zakładek w przeglądarce i wertowanie profili na Linkedin. Rozumiem, że konto premium i umiejętność sprawnego posługiwania się wyszukiwarką mogą być dla kogoś fascynujące. Jestem w stanie również pojąć, że może to przyprawiać o dreszcze i powodować ogrom radości. Niemniej jednak dla mnie to kompletnie pozbawione rozwoju i przyjemności zajęcie. Żmudne klepanie spersonalizowanych wiadomości, serio? A gdyby tak cały ten czas poświęcić na tworzenie technicznego portfolio firmy, wydarzeń i dopieszczania Social Media?

Można angażować społeczność, budować wokół firmy sieć ludzi, które z przyjemnością same do niej przyjdą. Z niecierpliwością czekam na badania lub statystyki z zakresu spędzania czasu HRu na headhuntingu i korzyściach z niego płynących. Dołączyć do nich można dane na temat czasu poświęcony na jedno i drugie, żeby sprawdzić zweryfikować rzeczywistość. Chciałabym się mile zaskoczyć i przekonać, że wcale tak nie jest, a rynek pracownika nie przewiduje odstępstwa od normy.


Małgorzata Bekas. Do IT trafiła cztery lata temu, zaczynając od warsztatów z programowania PyLadies. Szybko dostała prace jako QA, chwilę później jako Manager i HR partner w startupach, które pierwsze biura miały w jej dużym pokoju. Aktualnie buduje zespół firmy SNOW.DOG. Wspiera Just Join IT. Kocha i szkoli psy, prowadzi bloga Mam psa. I co teraz? Angażuje się w akcje społeczne pomocy schroniskom i pomaga szukać psiakom domów.

Zdjęcie główne artykułu pochodzi z pexels.com.

Zapraszamy do dyskusji
Nie ma więcej wpisów

Send this to a friend