historia cd-action

Jak powstało CD-Action? Wywiad z Jerzym “Mac Abrą” Poprawą

Koniec kwietnia bieżącego roku powitał nas przykrą wiadomością. Członkowie redakcji CD-Action dostali wypowiedzenia i wszystko wskazywało na to, że ukazujący się od 1996 roku magazyn zniknie z rynku. Szczęśliwie jednak, jak wynika z komunikatu redakcji, nasze obawy nie spełnią się.

– Możemy już ogłosić – z nieskrywaną radością – że prawa do marki CD-Action (oraz PC Format) przejęła od Wydawnictwa Bauer agencja gamingowa Fantasyexpo. Z chłopakami znamy się od dawna – to oni w 2014 roku zorganizowali nam CD-Action Expo, sami są też związani emocjonalnie z CDA. Nie wyobrażamy sobie lepszego obrotu spraw – możemy przeczytać w komunikacie.

Prócz tego, że magazyn dalej będzie ukazywać się w formie papierowej, to planowana jest całkowita modernizacja serwisu oraz obranie kursu na dostarczanie społeczności graczy nowoczesnych treści. Jeśli chcesz pomóc im wygrać cyfrową rewolucję, to odsyłamy pod ten adres.

Ale czym jest CD-Action? Jest to marka, której przedstawiać właściwie nie trzeba. Nie bez kozery mówi się o niej jako o „kultowej”, ponieważ to właśnie CD-Action, wychowało sporą część polskich graczy, ale i osób zafascynowanych nowymi technologiami czy branżą IT. Magazyn dla graczy, a nie tylko o grach.

Pierwszy numer pojawił się w kioskach 1 kwietnia 1996, jako swojego rodzaju czarny koń rynku gier komputerowych. Minęło sporo czasu od tamtego momentu, dlatego podpytaliśmy Jerzego „Mac Abrę” Poprawę, wieloletniego redaktora czasopisma, o to, co się wtedy działo. Znamy już plany na rozwój CD-Action, ale dziś porozmawiajmy o jego przeszłości. Zapraszamy do lektury!

Jerzy PoprawaPierwotnie magazyn wyglądał zupełnie inaczej od tego CD-Action, które znamy dzisiaj. Zaczęło się od PC Shareware. Możesz opowiedzieć o jego początkach? Skąd pomysł na takie przedsięwzięcie?

Wbrew pozorom – wcale nie aż tak bardzo inaczej. Logo nie zmieniło się za wiele (niestety…), znak jakości został do dzisiaj ten sam(!), a i zawartość w sumie podobna, choć – oczywiście – zmieniły się proporcje. Na początku sporą część pisma zajmowały recenzje programów “multimedialnych”, popularnych w latach 90 XX wieku, edukacyjnych. Ale niemal od samego początku były tam recenzje, zapowiedzi gier, felietony, etc. A potem po prostu pismo ewoluowało. Pierwotnie bowiem wedle zamierzeń jego twórców miał to być taki “katalog” wszystkiego, co się w Polsce na pecety pojawia (przeznaczonego dla zwykłych ludzi, a nie specjalistów).

CDA wyewoluował z – idei – PC Shareware w sumie, z tą różnicą, że miał mieć bardziej rozrywkowy charakter i efektowną oprawę graficzną, oraz – rzecz jasna – dołączoną płytę CD. Stąd numer pierwszy CDA – a de facto numer zerowy – robiony był głównie przez ekipę PCS. A dopiero gdy okazało się, że pismo się sprzedało, zaczęło się tworzenie jej ekipy. Co było o tyle ułatwione, że CDA początkowo był dwumiesięcznikiem.

Na rynku istniały już pozycje ukierunkowane na graczy. Czym miała się wyróżniać propozycja Silver Shark?

Na pewno znakiem rozpoznawczym miała być płyta CD, stanowiąca integralną część pisma, a nie dodawany okazjonalnie bonus, dobry papier i względnie niska cena za to wszystko. Pismo z CD kosztowało pierwotnie niecałe 10 zł, w tym czasie SS (Secret Service – przyp. red.) sprzedawał osobno SS-CD z małą książeczką, niezależnie od pisma, za ponad 20 zł.

Skąd „CD” i „Action”?

CDA początkowo nazywać się miało bodaj PC-Power, ale okazało się, że takie pismo już istnieje. Nowa nazwa powstała w efekcie burzy mózgów i do dziś nie wiadomo, kto ją wymyślił. Nazwa miała podkreślać obecność płyty CD, która wtedy była synonimem nowoczesności (stąd też np. CD-Projekt!), a także “multimedialność” magazynu.

Pierwszy numer ukazał się 1 kwietnia 1996 roku. Z tego co wiem, konkurencja mogła to potraktować jako primaaprilisowy żart. Czy rzeczywiście tak było?

Konkurencja nas w większości zlekceważyła zupełnie, bo “pseudopisemko robione przez pseudodziennikarzy, opakowanie na CD” jak to ładnie określił jeden z ówczesnych Kultowych Redaktorów, Kultowego Pisma. CD Action było pismem spoza Warszawy, gdzie koncentrowała się ówczesna branża (poza jednym wyjątkiem od reguły, czyli ŚGK (Świat Gier Komputerowych – przyp. red.) z Bydgoszczy) nie miało szansy bytu (tzn. wedle opinii tejże branży).

Gambler nawet zamieścił reklamę CDA na swoich łamach, zapewne wychodząc z założenia, że i tak szybko padniemy, a pieniądz to pieniądz. No, cóż, już Sun Tzu ostrzegał, by nigdy nie lekceważyć przeciwnika, ale kto by tam słuchał porad starożytnego stratega.

Pierwszy numer CD-ActionPierwszy numer CD-Action

Pierwotna ekipa CD-Action składała się raczej ze świeżych i niedoświadczonych, ale pełnych pasji redaktorów. Wykuliście sobie zawód dziennikarzy na błędach? Jeśli tak, to jakich?

Byłem najbardziej doświadczony z ekipy, bo zdarzało mi się publikować teksty w rozmaitych pismach i gazetach. Reszta była totalnymi szczawikami. Ale i ja miałem zerowe pojęcie o tzw. “redakcyjnej kuchni”. Myślę, że byliśmy tak bardzo “zieloni”, że po prostu nie wiedzieliśmy, że to się nie może udać. I pewnie dlatego się udało.

Uczyliśmy się tylko i wyłącznie na swoich błędach, których była masa. Ale szybko wyciągaliśmy wnioski, a czytelnicy – poza grupką tych, co wysyłała nam listy, że jesteśmy do bani i nie pożyjemy długo – dali nam spory kredyt zaufania. Jak sobie patrzę na stare CDA, to już numer 1/1997 “miał ręce i nogi”.

Czytelników w dużej mierze przekonaliście pełnymi wersjami gier dodawanymi do każdego numeru, ale są i tacy, którzy magazyn cenili także za jego wartość merytoryczną. W jaki sposób walczono z konkurencją w drugiej połowie szalonych lat ‘90?

Pełne wersje gier na pewno nam pomogły, ale gdyby tylko do nich się sprowadzał sukces pisma, to konkurencja łatwo by nas “wykosiła” z rynku, dając to samo. No i próbowali, ale jak widać bez efektu. Więc poza grami musieliśmy jednak oferować coś więcej… A co do walki… cóż, lata 90 były DZIWNE. I metody walki z konkurencją też. Na przykład donosy do Urzędu Skarbowego, że my tu straszne “wałki” odstawiamy, co zaowocowało kilkoma kontrolami trwającymi chyba w sumie kwartał, które niczego złego nie znalazły, ale skutecznie dezorganizowały nam pracę.

Widziałem ten donos na własne oczy, bo po paru miesiącach zaprzyjaźniliśmy się z inspektorami, którzy widzieli, że jesteśmy OK, więc jeden pokazał mi wydrukowane na drukarce pismo od “Prawdziwego Polaka” (tak było podpisane!), gdzie zarzucano nam wszystko poza handlem narkotykami. A widać było, że autor doskonale zna się na branży wydawniczej, więc nie było to dzieło jakiegoś amatora.

Ba, po latach dowiedziałem się, kto go napisał, a to tylko jeden z przykładów. Dodam, że nasz wydawca twardo narzucał nam zasadę “nie wdajemy się w żadne polemiki i wojenki, po prostu robimy swoje”, co wtedy mnie mocno irytowało, ale dziś uważam za bardzo dobrą strategię.

Jerzy Poprawa z karabinem snajperskim

Docieramy do roku 2000, a w nim 200 stron magazynu i 200 tys. nakładu. Był to dla Was złoty wiek?

Tak, choć w tych 200 stronach było sporo przedruków z angielskiego PC Formatu (ale głównie poradników sprzętowych, recenzje i testy sprzętu zawsze robiliśmy sami). A i owe 200.000 było troszkę na wiwat, rodzaj broni psychologicznej – konkurencji nakład spadał, a my podwyższamy i podwyższamy – 200.000 to brzmi dumnie! Ale do 180k miało to sens. Osobiście jednak wolę to nieco odchudzone CDA z okolic 2004, z ok. 146 stronami i 3 CD/DVD, gdzie już 100% tekstów było autorskich. Tym niemniej szczyt powodzenia – jeden z numerów sprzedaliśmy w ponad 160 tysięcy egzemplarzy, a średnio schodziło 140 tysięcy. To przełom wieków był.

Trafiliście też pod skrzydła Future Network. Co się z tym dla Was wiązało?

Tak naprawdę to, poza prawem do przedruków z PCF, niewiele się zmieniło. Byliśmy oddzielnym księstwem, FN się do nas nie wtrącało, póki zarabialiśmy dla nich kasę, wychodząc z założenia, że najlepiej wiemy, jak się robi pismo, które Polacy chcą kupować. Były w planach jakieś praktyki w Anglii itd., ale zanim do czegoś doszło FN wskutek dotcomowego kryzysu zrezygnował z większości zagranicznych filii, w tym i polskiej.

Ostatecznie, jako redakcja, przeżyliście swój pierwszy kryzys. Bańka internetowa pękła w 2001 roku i nastąpiła zmiana na Wydawnictwo Bauer. Jak z perspektywy czasu to oceniasz?

Cóż, mogliśmy pewnie trafić lepiej… ale nie będę tu wieszał psów na Bauerze, korpo to korpo, kto pracował, ten wie. Jakby nie patrzeć przeżyliśmy z Bauerem 20 lat, z czego pierwszych 10 było całkiem fajnych, następne 5 przyzwoitych, a ostatnich 5 takich sobie, z tendencją do “niefajnych” w ostatnich 2 latach.

Ponadto w Polsce coraz popularniejszy robi się dostęp do internetu, a za tym będzie zwiększać się dostęp do cyfrowych treści i prasa drukowana, niestety, straci na swojej wartości. Czuliście, że zbierają się ciemne chmury nad CD-Action?

Tak, od dawna wiedzieliśmy, że przyszłość należy do internetu i tam trzeba się przesiadać. Niestety, nie chciano nas słuchać. Ale to temat-rzeka i nie chciałbym go tu poruszać.

Jaki był wtedy pomysł na magazyn?

Nasz, czy bauerowski? Bo jeśli idzie o to drugie, to po prostu mieliśmy nadal robić pismo, tak jakby ciągle był – czy ja wiem – 2005 a o resztę się nie martwić, bo to nie nasz problem jest.

W pewnym momencie komputerowa prasa drukowana zaczęła swą powolną, ale nieuniknioną drogę w dół nakładów i notowań sprzedaży. W jaki sposób odczuło to CD-Action? Jakie kroki podjęliście, by utrzymać się na rynku?

Nie tyle my, co wydawnictwo, bo redakcja jako taka nie ma ŻADNEGO wpływu na decyzje strategiczne – nakład, papier itd. Popatrzcie sobie na kolejne roczniki CDA: objętość, format, jakość papieru, stopkę redakcyjną (skład ekipy i ilość etatów). Tam znajdziecie odpowiedź. (Choć z drugiej strony to, że większość ekipy MIAŁA etaty aż do końca, to też w tej branży ewenement, co warto podkreślić, i co ja osobiście doceniam i mam na plus Bauerowi; wbrew pozorom nie mam o dawnym wydawcy złego mniemania i daleki jestem od tego, by twierdzić, że to samo zło itd.).

Podstawową zasadą redakcji od początku jej istnienia było: “pisać dla graczy, a nie tylko o grach, w sposób, który sprawia, że niezależnie od wieku każdy znajdzie w CD-Action coś dla siebie.” Nadal jest ona obowiązująca?

Tak. Jesteśmy pismem dla graczy, a nie o grach i staramy się by CDA było jak szwedzki stół w restauracji, gdzie każdy znajdzie coś, co mu smakuje i czym się naje. A pismo tworzą gracze, a nie poważni panowie piszący poważnym językiem o kulturotwórczej roli gier wideo. CDA to pismo mające dostarczać rozrywki –  ale na poziomie.

Taka analogia kulinarna: nie serwujemy dań z pięciogwiazdkowej kuchni molekularnej, a burgery – ale to są smaczne burgery i z dobrej jakości składników. A do tego dodajemy smaczne, chrupiące frytki. To się nie zmieniło przez te prawie 25 lat. Kto nie lubi dobrego burgera z frytkami?

Przeciętny czytelnik CD-Action to mężczyzna po 30. roku życia, mający wyższe wykształcenie. Co magazyn może zaoferować takiej osobie?

Dokładnie to samo, co każdemu innemu czytelnikowi – rzetelne i aktualne recenzje, uczciwe testy sprzętu, porcję ciekawej i zróżnicowanej publicystyki; klika(naście) godzin godziwej lektury za równowartość jednego piwa w pubie albo połowy biletu do kina. Nie chcemy wmawiać mu, że jest elitą i dostaje elitarne pismo. Oferujemy mu dobry relaks po ciężkim dniu i możliwość zresetowania się przy lekturze. To chyba dobry deal.

Jaka będzie zatem przyszłość CD-Action?

Najważniejsze jest to, że jest… i aby nadal była. A jaka będzie? Czas pokaże. Staram się myśleć pozytywnie.

Na koniec, pytanie, na które nie spodziewam się odpowiedzi, ale muszę je zadać: Abra kadabra, Smuggler to Mac Abra?

>>> Hokus pokus, czary mary, wiesz, że Smuggler to twój stary? 🙂


Jerzy Poprawa. Rocznik 1963. Gra nałogowo od 1986, gdy stał się szczęśliwym posiadaczem ZX Spectrum. O grach pisze od 1992, choć pierwsze honorarium autorskie otrzymał w 1984. W CDA niemal od samego początku (tzn. od drugiego numeru), a ile razy był w nim naczelnym (albo jego zastępcą) to już sam stracił rozeznanie. Na koncie ma też epizod w gamedevie – był współscenarzystą i animatorem Lwa Leona, stworzył też scenariusz do gry Clash (obie autorstwa Leryx Longsoftu). Fan astronomii, sf (napisał jedną książkę z tego gatunku, czego po latach się wstydzi, bo to zła książka była), historii wojskowości, dobrej książki i legalnych używek w bardzo umiarkowanych dawkach.

Zapraszamy do dyskusji

Patronujemy

 
 
More Stories
cto w małej firmie
Czy CTO w małej firmie jest Full-Stack Developerem? Niekoniecznie